Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Wtorek, 9 sierpnia 2022 03:38
Reklama

Pomysły leżą obok mnie

Polską autorka piszącą i wydająca swoje książki w Wielkiej Brytanii, twórczyni asamblaży. Z Różą Wigeland o działalności kulturalnej, sposobach dotarcia do odbiorcy oraz wojnie w Ukrainie rozmawiał Dariusz A. Zeller.
Pomysły leżą obok mnie
Autor: Fot. Arch. Róża Wigeland

Rozmawiamy w specyficznym momencie wojny na Ukrainie. Jak postrzegasz tę sytuację i ten trudny czas?"

Mam lęk i obawy, czy nie dane mi będzie doświadczać tego samego, co było udziałem moich dziadków i rodziców. Mam ukraińsko-serbskie korzenie ze strony ojca, drudzy dziadkowie byli Polakami. Wszyscy po wojnie spotkali się na Ziemiach Odzyskanych, skąd pochodzę. Przypominają mi się opowiadania wojenne moich przodków, którym wojna zabrała domy i rodziców, którym wojna zabrała dzieciństwo. Czyżbym i ja musiała doświadczyć tego samego? Do niedawna cieszyłam się, że jestem obywatelką Europy, w której nie ma wojen, głodu i pandemii. Dwa z tych zjawisk mogę już wykreślić. Wiem, że nic nie jest dane raz na zawsze. To, że jestem w tej chwili ze swoimi bliskimi bezpieczna w Anglii, mam co jeść, śpię w ciepłym łóżku i mam przestrzeń do tworzenia nie znaczy, że będzie tak samo za rok czy dziesięć lat. 

 

Jakie widzisz wyjście z tej sytuacji?

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Tak. Agresor powinien przestać myśleć, że może stać się panem świata. Ale obawiam się, że jego umysł jest już tak zainfekowany manią wielkości, że zatrzymać go może tylko celny strzał.

 

Różo, przejdźmy zatem do sedna naszej rozmowy, czyli twojej działalności literackiej - skąd w tobie zamiłowanie do książek?

Z dzieciństwa. Czytałam książki, odkąd posiadłam tę umiejętność. Przeczytałam niemalże całą szkolną bibliotekę, a potem prawie wszystkie książki w oddziale bibliotecznym w mojej miejscowości. Lektury przenosiły mnie w świat niedostępny dla mnie. Czytając, zapominałam o samotności i beznadziejnej rzeczywistości, która mnie otaczała na co dzień. Książki dawały mi rozrywkę, wiedzę, pozwalały przestać myśleć, nie odczuwać, zasypiać. Lubię je także jako przedmioty, bo zawsze fascynowała mnie książka jako metamorfoza myśli w postaci namacalnej rzeczy. I to, że ja jako czytelniczka mogę w ten sposób poznać przemyślenia i wizje innych ludzi. 

 

Masz za sobą dobrze przyjęte przez krytyków “Gastronautkę” i “Mentalistkę”. Jak to się stało, że postanowiłaś w pewnym momencie, żeby zostać autorką książek?

Kiedy miałam niespełna osiem lat, przeczytałam książeczkę o tygryskach, którą dostałam za dobre wyniki w nauce w pierwszej klasie podstawówki. Pomyślałam wtedy, że chciałabym zobaczyć kiedyś swoją publikację na półce w księgarni lub bibliotece wśród innych książek. To marzenie, obok jeszcze kilku innych, towarzyszyło mi całe dorosłe życie. Dopiero będąc na emigracji, kiedy pozałatwiałam swoje egzystencjalne potrzeby, przypomniałam sobie, że nigdy dotąd nawet nie pomyślałam, że mogłabym swoje marzenia spełniać. Sięgnęłam po nie i w dość krótkim okresie spełniłam je wszystkie. A jednym z nich była właśnie moja książka, która na urzeczywistnienie czekała prawie czterdzieści lat. Chyba nigdy nie myślałam o sobie w ten sposób, że chcę być autorką książek czy pisarką. Chcę mieć swoje książki, trzymać w dłoniach jako przedmioty, więc muszę je wpierw stworzyć.

Polubiłam też to, że osiągam swoje cele i nie ważne, czego się dotknę – to mi to wychodzi. Zwykle tylko proces tworzenia dzieje się wolniej i przychodzi mi trudniej, niż początkowo zakładałam. Po pierwszej książce, po jej przyjęciu i opiniach, doświadczyłam niezwykłego stanu satysfakcji. Poznałam dzięki „Gastronautce” wielu ciekawych ludzi, którzy rozumieją, o czym mówię i piszę. Spodobał mi się ten stan sprawczości, chcę go doświadczać, piszę więc dalej.

 

Twoje ostatnie wydawnictwo, wspomniana “Mentalistka” to zbiór 22 felietonów “o zwykłym codziennym życiu lub niezwykłym”. Skąd wziął się pomysł na ten akurat kierunek tematyczny?

Ja go „nie wzięłam”. On leżał tuż obok, otaczał mnie, był moim życiem, a także wielu innych ludzi, którzy w podróży przez egzystencję mi towarzyszyli, wywoływali emocje i konfrontowali z moimi własnymi doświadczeniami. To dwadzieścia dwa wyimki z życia na przestrzeni ośmiu lat, więc tak naprawdę jakieś okruchy. Chciałam pokazać, że każdy z nas, nawet najbardziej przeciętny zjadacz chleba ma niezwykłe i bogate życie, pod warunkiem, że zauważa, co się obok niego dzieje, na co patrzy, kogo spotyka i co z tego wynika. Ta książka może być o każdym i - co najlepsze - każdy, kto do tej pory ją przeczytał, odnalazł w niej siebie. Nie tylko - także innych ludzi ze swojego otoczenia: sąsiadów, koleżankę, teściów czy znajomych. Zna miejsca, które opisuję i uczestniczył w zdarzeniach, o których opowiedziałam, i znalazł się w sytuacjach, w których ja się znalazłam. Ja tego wszystkiego nie „nie wzięłam”, tylko ubrałam w słowa, nazwałam i pokazałam, co ktoś taki jak ja lub czytelnik może z tym zrobić, by zwykłe życie stało się niezwykłym.

 

Czy pracujesz już nad swoją kolejną publikacją książkową?

Oczywiście. Po „Gastronautce” i „Mentalistce” będzie „Emigrantka” i na niej zakończę serię przenikających się nawzajem osobistych treści. Zaplanowane są już także publikacje trzech następnych książek, które istnieją, póki co, jako pliki pod roboczymi tytułami na pulpicie komputera i w tych projektach jeszcze może się wiele przetasować. Bo pomysły, w jaki sposób przedstawić czytelnikom napisane już treści, cały czas się kłębią i harcują. Po tych sześciu książkach nie mam na razie wizji na następne, ale myślę, że one przyjdą w trakcie pracy nad obecnymi - na brak inspiracji twórczych nie narzekam. One nie kosztują i nie wymagają czasu; dopiero realizacja wymaga ode mnie wysiłku i nudnej dłubaniny.

 

Różo, jesteś także twórczynią osobliwych asamblaży. Powtórzę pytanie - skąd w tobie pasja do tego rodzaju sztuki?

Kiedy zaczęłam je tworzyć, nie wiedziałam, że to rodzaj sztuki ani tym bardziej nie była to moja pasja. Sam pomysł zrodził się z przyziemnej potrzeby udekorowania ścian w nowym domu. To, co mi się podobało w galeriach sztuki współczesnej, w których namiętnie spędzam czas, było albo nie do kupienia, albo poza moimi możliwościami finansowymi. A to, na co mogłam sobie pozwolić, było albo za małe, albo za duże, albo w nieodpowiedniej palecie barw, albo nie rozumiałam, co autor miał na myśli. W dodatku chciałam, by to było w moim ulubionym zestawieniu kolorów, czyli biało-czarne i kiedy próbowałam zamówić u jednego z artystów namalowanie dla mnie tego samego, co miał na stanie, ale w innych barwach, dowiedziałam się, że biały i czarny to nie kolory. A mnie zachwyciły olbrzymie biało-czarne zdjęcia na jednej z wystaw z cyklu The Big Big Camera, moje ręce wyciągały się po kosmetyki Jo Malone w biało-czarnych opakowaniach i uwielbiałam wpatrywać się w białe serwetki z czarnym logo w londyńskich kawiarniach Paul. I z tego wszystkiego zrodził się we mnie olbrzymi bunt. Rozpakowywałam karton z nowymi garnkami. W środku jako zabezpieczenia szklanych pokrywek przed stłuczeniem były różne papierowe kółka i tekturki. Trzymając je w dłoniach, „zobaczyłam” swój obraz. Pomyślałam, że zamiast je malować, to przykleję je do płótna i wyjdzie mi z tego coś bardziej oryginalnego. Tak zrobiłam. Później stworzyłam kolejne obrazy z uschniętego kwiatka doniczkowego, kawałków juty, tekturek, sznurka i opakowań do jajek, nazywając je na własny użytek obrazami przestrzennymi i zapisując niejako przy okazji swoje myśli towarzyszące tworzeniu. Po jakimś czasie, szukając informacji, jakim klejem łączyć przedmioty z różnych tworzyw, natknęłam się na artykuł o sztuce i dowiedziałam się z niego, że to, co robię, nazywane jest asamblażem. Piękne słowo, prawda?! I znowu - ja tego nie wybrałam świadomie. Sięgnęłam po prozaiczne przedmioty leżące obok mnie i je połączyłam ze sobą, robiąc to niejako przy okazji i od niechcenia, pod wpływem irytacji, że w sklepach i galeriach nie ma biało-czarnych obrazów i w dodatku ktoś mi wmawia, że biel i czerń to nie kolory. I wyszło mi, że tworzę coś, co robili przede mną Picasso, Duchamp i Hasior.

 

Skąd czerpiesz pomysły do swojej twórczości, zarówno tej, jak i literackiej?

Z otoczenia. Pomysły leżą obok mnie. Słyszę je od swoich rozmówców, widzę w ludziach mijanych na ulicy, czytam o nich w wiadomościach. Cała moja rzeczywistość jest nimi wypełniona. Ja je tylko ubieram w literki, tkam z nich, zapisuję lub układam na płótnie. Tak jak piekarz bierze mąkę i piecze chleb, ja biorę słowa, emocje i zdarzenia i materializuję w postać książki lub obrazu.

 

Czym jest dla ciebie działalność artystyczna?

Dla mnie to przede wszystkim komunikacja z ludźmi. Ja piszę – oni czytają. Ja tworzę – oni się tym otaczają. Przy tych okazjach poznaję wiele niesamowitych osób, z którymi mogę spotykać się i rozmawiać o sztuce, literaturze i procesie tworzenia. Bo ja uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy rozumieją to, co ja rozumiem, widzą to, co ja widzę i chwytają w lot to, czego nie dopowiadam. Przy dzisiejszych technologicznych formach komunikacji daje mi to nieograniczone możliwości poznawania osób na całym świecie. Książki i sztuka są fantastycznymi pretekstami do rozmów. Traktuję działalność artystyczną jako wypełniacz wolnego czasu. Pasja to chyba za mocne słowo - ale spełnianie marzeń? No cóż, już od jakiegoś czasu robię rzeczy, bywam w miejscach i doświadczam czegoś, o czym nawet nigdy nie śmiałam marzyć. Przegoniłam własne marzenia i nie wiem, gdzie mnie moja kreatywność, której pozwalam się uwalniać i materializować, zaprowadzi.

 

Masz swoją stronę autorską, prowadzisz także bloga. Co było celem założenia tej szczególnej działalności?

Pierwszego bloga zaczęłam pisać na Bloggerze tuż przed opuszczeniem kraju, w 2013 roku, bo chciałam zobaczyć, jak ludzie reagują na to, co piszę. Namówiła mnie do tego kobieta, z którą wymieniałam komentarze na jej blogu. Pisałam też czasami listy do redakcji czasopism, które ku mojemu zdumieniu były wraz z odpowiedziami na nie drukowane. W ten sposób przekonałam się, że moje myśli ubrane w słowa są rozumiane. Na kolejnych blogach miały też początek wszystkie moje książki, bo podczas pisania postów widziałam, jak można by dany temat rozwinąć. „Menatlistka” jest tego doskonałym przykładem, bo duża większość felietonów miała swój pradebiut na blogach. Później zostały odpowiednio przerobione, przycięte lub rozbudowane. Blogi były dla mnie lustrem, w którym przyglądałam się reakcjom czytelników i odpowiedzią na pytanie, czy to, o czym piszę, ma sens. Teraz zamierzam raczej poprzestać na komunikacji z czytelnikami odnośnie mojej działalności artystycznej niż komentowaniu bieżących wydarzeń. Strona autorska na własnej domenie daje mi poczucie bezpieczeństwa, że marka, którą od dawna tworzę i moje miejsce w sieci nie znikną nagle z powodu czyjegoś widzimisię, bo np. jakiemuś moderatorowi treści nie spodoba się to, co napisałam i zablokuje mi konto. Miałam już takie doświadczenia, że nie mogłam czegoś opublikować, bo komuś po drugiej stronie ekranu nie spodobało się słowo „inny” w publikowanej treści. Nie będę przycinać swoich tekstów pod czyjeś dyktando, bo nic złego, kontrowersyjnego ani obraźliwego dla nikogo nie piszę. Poza tym, skoro chcę docierać do ludzi, muszę dać im możliwość znalezienia mnie i poznania. Strona internetowa czy inne miejsca w sieci w dzisiejszym technologicznym świecie dla jakiegokolwiek twórcy to podstawa. Kiedy poznaję kogoś nowego lub chcę nawiązać jakąś współpracę, podaję adres strony internetowej i mówię: obejrzyj, poczytaj i zastanów się, czy pasuję do twojego wystroju. I ten ktoś od razu widzi, z kim ma do czynienia. To zwyczajnie wielka wygoda.

 

Powiedz, proszę, jak okres lockdownu wpłynął na Twoją działalność?

Bardzo dobrze, wręcz wspaniale. Miałam czas, by odpocząć od ciężkiej pracy, zastanowić się, co dalej z moją działalnością artystyczną. Przed lockdownem przeprowadziłam się do Północnego Yorkshire, zamieszkałam tuż nad morzem. Czułam, że miejscowość, którą świadomie wybrałam, by rozwijać się i tworzyć, będzie mi sprzyjała. I tak się stało. Miałam oczywiście chwile obawy i niepewności, co się stanie z tak ciężko wypracowanym moim status quo. Ale miałam też przed lockdownem chwile pełne niepokoju, gdy patrzyłam na rozbuchany konsumpcjonizm w kraju pierwszego świata. Na to całe „więcej, mocniej, szybciej”, na marnotrawienie żywności, na sklepy pełne dóbr wszelakich i ich niekończące się kupowanie i wyrzucanie, na modę, by w każdy weekend gdzieś wyjeżdżać, a wakacje kilka razy w roku spędzać w innym zakątku Ziemi, na rzesze ludzi żyjących na okrągło pod wpływem działania narkotyków i alkoholu. Obserwowałam to i myślałam, że to się musi kiedyś zatrzymać. Nie można przyspieszać wszystkiego w nieskończoność, bo to doprowadzi do totalnej destrukcji ludzkości. I nagle, prawie z dna na dzień, wszystko się zatrzymało. To było niesamowite – oglądać świat bez ludzi. Ten czas postoju świata, a wraz z nim i mój, procentuje teraz nowymi książkami, nową stroną internetową i nowymi asamblażami z materiałów zbieranych na klifach podczas spacerów w czasie lockdownu.

 

Jakie masz cele na przyszłość?

Ja zawsze miałam jeden cel: mieć dobre życie. Jeżeli coś zaczyna iść nie po mojej myśli, potrafię jedną decyzją rozwalić swoją egzystencję w drobny mak i zbudować ją od początku, z przeświadczeniem płynącym z mojego wnętrza, że zawsze sobie poradzę. Odkąd jestem emigrantką, po pierwszym ciężkim roku, moje życie poprawia się z miesiąca na miesiąc. I niech to trwa, nie chcę niczego ponadto. A działalność artystyczna? Niech się rozwija i niech jak najwięcej ludzi z niej korzysta, bo chcę uprzyjemniać ludziom życie.

 

 

Jeżeli ktoś chce na bieżąco śledzić moje poczynania i różne procesy twórcze, zapraszam na moje profile mediów społecznościowych:

Facebook: www.facebook.com/R.Wigeland

Instagram: www.instagram.com/rozawigeland/

Po książki, asamblaże i inne artystyczne przedmioty, a także do współpracy, zapraszam na swoją stronę internetową: rozawigeland.com/

 



Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Przeczytaj także
Reklama