Recept ogólnych na emigrację nie ma. Są zawsze indywidualne.

  • 23.11.2017, 12:40 (aktualizacja 23.11.2017, 14:32)
  • Dariusz A. Zeller
Podziel się:
Oceń:
Grażyna Czubińska jest w pełnym tego słowa znaczeniu osobą nietuzinkową. Kimś, kto swój sukces i cele z Polski potrafił, z powodzeniem przełożyć na życie poza granicami Polski. Jak to się stało i dlaczego jej działalność jest tak ważna dla Polaków, nie tylko z Londynu, rozmawiał i spisał Dariusz A. Zeller.

Pani Grażyno - jest Pani uznanym w Polsce i na Wyspach Brytyjskich seksuologiem, tranerem w zakresie mediacji, specjalistą w zakresie edukacji seksualnej, edukatorem w zakesie psuchospołecznych aspektów epidemii HIV, dyrektorem Instytutu Nauk Społecznych w PUNO, doradcą rodzinnym i... kim jeszcze?

Przede wszystkim Polką. Mówię to w obliczu Brexitu, jako Polka na Wyspach. Tak samo jeszcze niepewna przyszłości Polaków w UK, jak większość z nas tutaj zapuszczających swoje korzenie po 2004 roku. Mówię to też, bo Brexit - jako wielki stresor ogólnospołeczny, wzmocnił we mnie poczucie przynależności do naszej społeczności emigracyjnej w Wielkiej Brytanii. Ja i moi bliscy staliśmy się teraz nawet jeszcze bardziej aktywni w kategoriach społecznych, niż dotąd byliśmy. Założyliśmy w Warszawie bardzo ważne Stowarzyszenie Młodej Polskiej Emigracji, którego misją jest to, żeby Polska nie straciła wiele na Brexicie. Jesteśmy też coraz aktywniejsi tu, w Londynie - na Polskim Uniwersytecie Na Obczyźnie, który jest już akademicką jednostką badawczą na prawach uniwersyteckich i aktywnie uczestniczy w pierwszym projekcie naukowo-badawczym Unii Europejskiej, pod nazwą „TICASS”. To naprawdę wielki sukces dla PUNO, założonego w 1939 roku i w znacznej mierze zapomnianego przez Polskę po 1989 roku. Status uzyskany w Brukseli oznacza, że mimo Brexitu zostajemy polskojęzycznym łącznikiem pomiędzy światem naukowym zjednoczonej Europy a Wielką Brytanią.

W jaki sposób trafiła Pani do Londynu?

Przez lata pracowałam w Polsce w organizacjach społecznych zajmujących się zdrowiem seksualnym człowieka. Po 2004 roku, gdy młodzi Polacy zaczęli masowo emigrować do Wielkiej Brytanii, niemal natychmiast zaczęły zauważalnie rosnąć w Polsce wskaźniki zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową. Wielka Brytania była jednym z niewielu państw w Unii Europejskiej, w którym problematyka STI miała tendencję wzrostową. Moją misją stało się założenie tutaj organizacji edukacyjnej, mogącej przyczynić się do wyhamowania tego wzrostu. W ten sposób powstało w 2008 roku Polskie Centrum Zdrowia Seksualnego, które założyłam wspólnie ze znaną polską psychoterapeutką, Krystyną Walewską-Huseynov. Krystyna w Londynie jest od czasów solidarnościowych. Przyjechała w 1981 roku. Dzięki jej otwartości na współpracę PCZS stało się bardzo szybko sprawą realną. Z czasem udało nam się zachęcić do działania polską młodzież. Dziś większość z nich to edukatorzy seksualni po bardzo ambitnych, dwuletnich studiach podyplomowych z „Seksuologii Społecznej” na PUNO.

Czy „emigracja” była dla Pani wyzwaniem, czy raczej jak najbardziej przemyślanym poszukiwaniem nowych dróg rozwoju?

Rozwój rzadko kiedy dzieje się bez planu. Plan to coś zawsze bardzo ważnego, co inicjuje i utrzymuje kierunek rozwoju. Sama chęć lub pomysł na rozwój, to zazwyczaj ważny impuls energii. Za mało jednak do osiągnięcia jakiegoś własnego sukcesu. Nie mówię tylko o sukcesach wielkich. Wszystko co chcemy osiągnąć, wymaga zawsze jakiegoś planu. Uczymy się po to by podjąć dobrą pracę. Jednak nie wszyscy mają szczęście pracować we własnym zawodzie. Ja miałam to szczęście nawet tutaj, bo wraz z moim przyjazdem na Wyspy powstawał program społecznej odpowiedzialności biznesu pod nazwą „Ekspertki”. Był on ukierunkowany na promocję kobiet 40+ na rynku pracy, a chodziło w nim o to by na bazie wykształcenia i doświadczenia rozwijać się w swoim zawodzie. Jeden człowiek coś takiego wymyślił i opracował tak dobrze, że dwie ogromne korporacje światowe, mające swoje własne programy społecznej odpowiedzialności biznesu, z nim jednym nie wygrały. Brytyjsko-Polska Izba Handlowa przyznała jemu tytuł Mistrza w dziedzinie CSR (Corporate Social Responsibility). Roman jest dziś też honorowym dyrektorem rozwoju Polskiego Uniwersytetu Na Obczyźnie. Od ponad 20 lat wykonuje bardzo kreatywny zawód konsultanta doradztwa strategicznego nie tylko dla siebie. Dzięki jego doświadczeniu zawodowemu i zaangażowaniu w sprawy Polonii w UK nasz PUNO żyje współcześniejszym życiem.

Doskonała rekomendacje od m.in. prof. Lwa-Starowicza, mocna pozycja w środowisku, ale pytanie - dlaczego taka działalność, właśnie tu?

Rekomendacje prof. Lwa-Starowicza pochodzą z czasów, gdy oboje pracowaliśmy w zarządzie Towarzystwa Rozwoju Rodziny w Warszawie. W tamtych czasach byłam dyrektorem krajowym TRR. Bardzo fascynował mnie warsztat pracy takich osobistości w naszej dziedzinie, jak właśnie Zbigniew. To ważne w kształceniu specjalistów, żeby móc uczyć się praktyki zawodu od wybitnych znawców danej dziedziny. Wiedza aż tak praktyczna owocuje być może też nie od razu, ale z czasem dzieje się tak z całą pewnością. Pamiętam jaki opór miałam w sobie przed pierwszym występem edukacyjnym w programie telewizyjnym dla młodzieży: „Rower Błażeja”. Zbigniew Lew-Starowicz mógł powiedzieć wtedy mniej więcej coś takiego, że przecież seks to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu każdego człowieka. Czegóż więc się obawiać, mówiąc o ważnych rzeczach. Warszawa czy Londyn, nie ma żadnej różnicy. Tu i tu żyją ludzie, Polacy, kochający się i chcący kochać lub też być kochanymi. Zrozumienie wagi spraw, którymi się człowiek zajmuje, to klucz sukcesu.

Czy od razu po przyjeździe zaczęła Pani praktykować w UK

Praktykuję od wielu lat. Przyjazd do Londynu nie otworzył nowego rozdziału w mojej praktyce prywatnej. Pracuję nadal z Polakami i w języku polskim. O problemach natury intymnej nie rozmawia się zazwyczaj w obcym języku. To sprawy zbyt osobiste by chcieć mówić o nich niepełnym obrazem słów. Trzeba naprawdę dobrze znać angielski, żeby nad bolączkami seksuologicznymi pracować z angielskimi seksuologami. Nawiasem mówiąc, seksuologia to dziedzina częściej przyporządkowywana w UK psychiatrii, niż sama w sobie.

Początki były trudne?

Trudne początki miałam w Polsce. Tutaj od początku jestem specjalistą z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Zdrowie seksualne w naszej narodowej kulturze to, w gruncie rzeczy, temat tabu nawet po dzień dzisiejszy. Mamy XXI wiek i jesteśmy w Unii, a nie mamy odpowiedniego systemu edukacji seksualnej i zdarza się nam być dużymi laikami w dziedzinie seksu. O tym, że pigułki antykoncepcyjne zapobiegają ciąży wiemy niemal wszyscy. Ale już mało kto wie o tym, że one nic a nic nie ochronią chociażby przed zakażeniem dość powszechną w UK chlamydią. Zapobieganie dramatom jest żmudniejsze, niż by się mogło wydawać. To jest chyba najtrudniejsze w pracy seksuologa: przekazywać wiedzę zanim okaże się potrzebna.

Patrząc z perspektywy lat, co było najtrudniejsze w dotarciu do miejsca, w którym jest Pani obecnie?

Najtrudniejsze z najtrudniejszych było badanie naukowe, które przeprowadziłam na potrzeby swojego doktoratu. Dotyczyło ono wpływu emigracji i zmiany otoczenia kulturowego na zmiany w postawach i zachowaniach seksualnych młodych Polaków w Wielkiej Brytanii po 2004 roku. Mimo, że doktorat robiłam na akademii medycznej i temat był bardzo ludzki, to nadzwyczaj trudne były elementy statystyczne związane z nim. Przede wszystkim założyłam sobie, że chcę mieć grupę badawczą adekwatną do całej populacji Polaków w Wielkiej Brytanii. Przyjechało nas tutaj oficjalnie mniej niż milion, ale mówi się że może być w UK nawet ponad dwa miliony Polaków. Dlatego potrzebowałam około 400 osób, które zechciałyby poświęcić około godzinę swojego czasu na wypełnienie w skupieniu ankiety badawczej. Tyle badanych trzeba właśnie, żeby odzwierciedlić stan nawet ponad 2-milionowej społeczności. Udało się wcale nie szybko. Co ciekawe, niemal drugie tyle osób, które rozpoczęły wypełnianie ankiety, nie ukończyło badania ze względu na jej długość. Będę zawsze bardzo dziękować wszystkim, którzy ukończyli, bo nie ma drugiego takiego badania na świecie. Nikt nie badał dotąd tak wnikliwie zmian tak dużej grupy emigrantów w ich postawach wobec zdrowia seksualnego. Materiału naukowego mam z tego badania tyle, że nie tylko mój doktorat z tego powstał. Ciągle tworzymy artykuły naukowe, które publikowane są nawet w bardzo wysoko punktowanych pismach naukowych.

Przeciwności – jak Pani sobie z nimi poradziła?

Nie jest zjawiskiem odosobnionym płacenie przez uczelnie za udział w badaniach naukowych. Ja jednak chciałam tego uniknąć. Płatny udział w badaniu nie musi, ale może wiązać się z udzielaniem skrótowych odpowiedzi. Osoby badane mogą przecież nie odnajdywać badania jako czegoś interesującego. Ale też czują się zobowiązane wynagrodzeniem do jego ukończenia. To może w pewnym momencie doprowadzić do tego, że udzielane będą odpowiedzi nie do końca adekwatne własnym, dogłębnym przemyśleniom. Cieszę się poniekąd, że sporo osób biorących udział w moim badaniu, nie ukończyło go. Świadczy to o tym, że nie było dla wszystkich interesujące na tyle, żeby chcieli poświęcić dość dużo czasu na wypełnienie ankiety badawczej przede wszystkim dla samych siebie. Poza tym nie mogłam bazować na bezpośrednich kontaktach z badanymi, bo nie badałam grupy znajomych mi osób. Badałam całą polską społeczność w Wielkiej Brytanii. Do tego były potrzebne bardzo złożone narzędzia informatyczne, z paroma blokadami dostępu by uniemożliwić wielokrotne wypełnianie z różnych urządzeń lub wypełnianie przez Polaków przebywających w innych krajach, niż Wielka Brytania. Nawet język badania musiał być na tyle złożony i badanie musiało być na tyle długie, żeby zminimalizować do zupełnego minimum to, że ankietę wypełni ktoś nie używający polskiego od urodzenia, jako pierwszego języka. Na szczęście dziś jest już tyle możliwości technicznych, że naprawdę bardzo dobre doktoraty mogą powstawać na wszystkich uczelniach. Trzeba tylko chęci i czasu oraz dobrej woli zwyczajnych ludzi.

Czym jest dla Pani sukces?

Sukces to właśnie coś, co angażuje do dobrego działania całkiem zwyczajnych ludzi. Biorąc udział w badaniu, współtworzymy jakiś sukces naukowy. Idąc na koncert, współtworzymy jakiś sukces muzyczny. Wybierając się do kina, współtworzymy jakiś sukces biznesowy. Bez nas, całkiem zwyczajnych ludzi, nie byłoby wielu sukcesów. Dobrym przykładem jest Kongres Polek w UK. Przez kilka lat miałam przyjemność liderować grupie tak samo zwyczajnych dziewczyn, jak ja. Rok w rok, miesiąc w miesiąc, tydzień w tydzień spotykałyśmy się, rozmawiałyśmy, planowałyśmy i realizowałyśmy to, co każda z nas mogła najlepszego wnieść do wydarzenia, z którego żadna z nas nie miała żadnych korzyści materialnych. Każdy z Kongresów był sukcesem w swoim naturalnym wymiarze. Żadna z nas nie była przecież i nie jest ani posłanką, ani celebrytką, ani ambasadorową chociażby. A piękne wydarzenie działo się dzięki temu, że kobiety z pięknym wnętrzem miały w sobie po prostu piękną energię działania. Mają zresztą nadal, bo Kongres dalej funkcjonuje w ustanowionej przez nas od początku formie inicjatywy społecznej. Nie uczestniczę już w jego pracach, Polski Uniwersytet Na Obczyźnie uczestniczy w czasochłonnym projekcie naukowym Unii Europejskiej „TICASS”. O, to też ważny sukces. Nie byłoby go bez bezinteresownego zainicjowania i przeprowadzenia walidacji PUNO w UE.

Jakie cele stawia Pani przed sobą, co chciałaby osiągnąć?

Osiągnęłam chyba więcej, niż na pierwszy rzut oka mogłam osiągnąć. Szczęście, że spotykam w życiu odpowiednich ludzi, którzy umieją dzielić się swoim sukcesem. Wychowałam się w Paczkowie, małym mieście tuż przy granicy czechosłowackiej w tamtych czasach. Tam rozbudziły się moje marzenia zawodowe, ale jeszcze nie seksuologiczne. Ukończyłam paczkowskie liceum i ruszyłam w świat by zostać dziennikarką radiową! Dopiero na studiach w Opolu zainteresowała mnie problematyka zdrowia seksualnego człowieka. Opole to miasto, w którym rozpoczęłam karierę zawodową. Potem Warszawa i po wejściu Polski do Unii Europejskiej jest Londyn. Nie wiem co przyniesie przyszłość, Brexit zaskakuje mnie w dzisiejszych czasach. Działanie w zorganizowanej grupie jest dla poszczególnych partnerów takiej grupy zazwyczaj bezpieczniejsze w różnych kategoriach działania. Jednak Wielka Brytania wybrała indywidualną ścieżkę rozwoju. Nie znam się na polityce i ekonomii. Słyszę w domu, że Brexit jest korzystny dla Wielkiej Brytanii. Miejmy nadzieję, że również nikomu z Polaków w Wielkiej Brytanii to nie zaszkodzi.

Pani rada dla tych, którzy chcieliby spełnić swoje plany na emigracji...

Pacjenci pytają mnie czasami na początku pracy ze mną, ile dokładnie potrwają nasze spotkania. W indywidualnej pracy nie można jednak określić tak natychmiast kto, ile i czego potrzebuje. Tym bardziej nie da się tego zrobić, słysząc kogoś po raz pierwszy w trakcie rozmowy telefonicznej. Każdy związek dwojga ludzi to wypadkowa tego, co wnosimy do wspólnego życia. Jeśli do tego dołożymy fakt, że każdy z nas to wypadkowa tego, co zrobiliśmy w życiu i co życie z nami zrobiło, to sprawy wyglądają dość skomplikowanie na starcie. Dlatego najważniejsze to dobrze rozpocząć coś dobrego w swoim życiu. I dać sobie zawsze trochę czasu na to, żeby dobre zmiany mogły zacząć istnieć. Niemal wszystko, co dobre w życiu, nie jest wygraną na loterii. Nie kupujemy losu na szczęście. Szczęście się wypracowuje i utrzymuje. Szczęścia nie da się mieć raz na zawsze. Trafiają do mnie często osoby i pary wypalone sobą tak na teraz. Przyjechali do Wielkiej Brytanii z nadziejami na odmianę życia, a tu nadal są tacy, jak byli czy też nie mogą dojść do porozumienia ze sobą jak zawsze. Emigracja może być czynnikiem mobilizującym, otwierającym nowy etap w życiu. Zazwyczaj jednak jest kontynuacją dotychczasowego życia, tylko w innym miejscu i z nowymi okolicznościami. Miejsce można poznać i poruszać się w nim z zamkniętymi oczami. Okoliczności można rozpracować i wyuczyć się ich płynnie, jak języka obcego. Siebie jednak trzeba obserwować stale, bo druga kultura nam nie ułatwia życia, jeśli nie staramy się stale harmonizować z nią w jakimś istotnym stopniu. Mam na myśli cały bagaż życia, jaki wywozimy w sobie z Polski i przywozimy do Wielkiej Brytanii. Ten bagaż mamy spakowany, ale tu trzeba go po części rozpakować. Ja to nazywam „Walizką Makuszyńskiego”. Makuszyński obrazowo ujął tę problematykę lata temu. Bywam proszona podczas superwizji, żeby Makuszyńskiego zmienić na Freuda a walizkę na podróżny kufer, ale czy to będzie bardziej obrazowe? Niekoniecznie, biorąc pod uwagę nawet to, że Freud w Londynie spędził istotną część życia. Recept ogólnych na emigrację nie ma. Są zawsze indywidualne.

Dariusz A. Zeller

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Gość
Gość 08.06.2018, 22:24
Unikajcie tej kobiety jak ognia jeśli macie problemy i chcecie ocalić związek. To czarownica bez grama empatii która zamiast pomóc zrobi Wam wodę z mózgu. To dno totalne. Uważajcie. Znam osobiście dwa przypadki, gdzie jaj "fachowa pomoc" zadziałała całkowicie odwrotnie. Nie karmcie tej trolicy.

Pozostałe