Historia pogmatwana jak życie

  • 21.11.2017, 11:48 (aktualizacja 23.11.2017, 14:36)
  • Piotr Gulbicki

Podziel się:

Oceń:

Jego pierwsza powieść, „Czas tęsknoty”, okazała się dużym sukcesem. Niedawno wydał drugą. Z pisarzem Adrianem Grzegorzewskim rozmawia Piotr Gulbicki.

W brytyjskiej stolicy mieszkasz 15 lat.

Szmat czasu, jednak nie mogę powiedzieć, że czuję się londyńczykiem. Może dlatego, że moja emigracja miała prozaiczne podłoże, będąc jedyną szansą na wyjście z finansowego dołka. Nigdy nie udało mi się poradzić z tym rozdarciem pomiędzy życiem za granicą a uzależnieniem od Polski, i mimo że lubię Londyn i dobrze się tu czuję, to każdy wyjazd z ojczyzny jest emocjonalnym koszmarem.

Rozwiązaniem nie byłby powrót nad Wisłę?

To bardzo możliwy scenariusz, szczególnie teraz, kiedy Brytyjczycy opowiedzieli się za Brexitem. Mieli do tego prawo, szanuję ich decyzję, nawet jeśli oznacza to dla mnie potencjalne utrudnienia po wystąpieniu z Unii. Oczywiście, angażuję się na tyle, na ile obcokrajowiec może, w obronę swoich praw, niemniej nie wróżę nam tu dobrej przyszłości. Już teraz pojawiają się głosy o sporych utrudnieniach, chociażby w korzystaniu ze służby zdrowia.

Ale nie żałujesz lat spędzonych na Wyspach?

Nie mam na to czasu (śmiech). Natomiast bodaj najbardziej szkoda mi tego, że wyjazd do Londynu praktycznie przekreślił szansę na dokończenie edukacji. Studiowałem na Akademii Rolniczej i Papieskim Fakultecie Teologicznym we Wrocławiu, gdzie codziennie dojeżdżałem z mojego rodzinnego Żarowa, ale w pewnym momencie sytuacja mnie przerosła. Kiedy byłem na IV roku mój ojciec przechodził przez ostatnią fazę choroby nowotworowej, a tydzień po jego śmierci urodził mi się syn. Trzeba było zacząć myśleć o utrzymaniu rodziny, nauka zeszła na dalszy plan.

I zacząłeś życie emigranta.

Na początku pracowałem w restauracji Fish and Chips, gdzie codziennie byłem odpowiedzialny za przygotowanie frytek z 300 kg ziemniaków. Szybko nabawiłem się egzemy, bo do wody, którą zalewano pojemnik, dosypywano jakiś proszek zapobiegający czernieniu ziemniaków po jej odsączeniu. Po czterech miesiącach kolega, z którym dzieliłem pokój, zostawił mi w spadku pracę w Le Gothique, francuskiej restauracji, gdzie spędziłem kolejne trzy lata. Natomiast od 2006 roku jestem listonoszem w dzielnicy Chelsea.

Ciekawe miejsce.

Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam te malownicze uliczki, piękne domy i przyjaznych ludzi. To zadziwiające, jak wiele perełek można odkryć na w sumie tak niewielkim terenie. Obok domu Oscara Wilde’a znajdziemy te, w których mieszkali Mark Twain, autor „Draculi” Bram Stoker, czy twórca „Kubusia Puchatka” Alan Alexander Milne. Niedaleko miejsca zamieszkania Tomasza Morusa znajduje się dom muzyka Erica Claptona, a nieco dalej Marka Knopflera z Dire Straits. Natomiast raz w tygodniu wrzucam listy do skrzynki perkusisty The Beatles Ringo Starra.

Chelsea jest uroczą dzielnicą, jednak moim ukochanym miejscem w Londynie jest Tooting, gdzie mieszkam. Kiedyś wydawał mi się brudny, śmierdzący egzotycznymi potrawami i zatłoczony, ale poznałem go też z innej strony. Mam wspaniałych sąsiadów, dzięki którym wciąż czuję smak świetnej kuchni po obiedzie z okazji święta Divali. Oprócz Polaków jest tu dużo muzułmanów i hindusów, ale wbrew pozorom to bardzo bezpieczna okolica.

Dająca natchnienie do pracy twórczej?

Zawód listonosza sprawia, że popołudniami i wieczorami mam sporo czasu i wtedy mogę spełniać swoje pisarskie ambicje. Z piórem byłem zżyty praktycznie od zawsze, moje pierwsze opowiadania powstały w drugiej klasie podstawówki. Potem były kolejne, a w 2006 roku stworzyłem internetowy blog o Powstaniu Warszawskim. Nie była to zwykła kronika, tylko opowieść o emocjach, fascynacjach i odkryciach, które poczyniłem w czasie pierwszej świadomej podróży do Warszawy. Przez trzy dni wędrowałem śladami szlaku bojowego żołnierzy batalionu Zośka i chłonąłem niczym gąbka to, co do mnie docierało.

Natomiast 9 lat temu z grupą przyjaciół pojechałem na Kresy, żeby zobaczyć miejsce, w którym urodziła się moja mama. Gdy dotarłem do Rychcic, ukraińskiej obecnie wsi, poczułem się jakbym wrócił do domu. Dopiero wtedy dojrzałem do napisania powieści – zarówno Sierpień ‘44, jak i Rychcice musiały połączyć się niczym dwa substraty, inicjując historię o Piotrze, który tuż przed wojną odwiedza rodzinną miejscowość matki pod Drohobyczem i zakochuje się ze wzajemnością w pięknej Ukraince Swiecie, córce lokalnego dowódcy UPA.

To kanwa powieści „Czas tęsknoty”…

… która ukazała się trzy lata temu. Miłość młodych ludzi jest pretekstem do pokazania szerszego kontekstu stosunków polsko - ukraińskich. Moi bohaterowie muszą stawić czoła nie tylko próbie czasu, gdy niemiecki najazd na Polskę rozdziela ich na długo. Ukraińcy dojrzeli do krwawej rozprawy z polskimi sąsiadami, Wołyń i inne wschodnie województwa zapłonęły ogniem i spłynęły krwią.

Książka okazała się dużym sukcesem.

Sprzedawała się świetnie, doczekała się nawet dwóch dodruków. Niedawno wyszła druga część powieści, „Czas burzy”, będąca kontynuacją losów bohaterów, aż do całkowitego rozwiązania tej pogmatwanej jak życie historii…

Piotr Gulbicki

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe