#MooltiCoolti: Japonka, która uwielbia polski sernik

  • 26.08.2018, 07:00
  • multikulti, multicoolti, Tygodnik Cooltura, Tygodnik Kultura Wielka Brytania, Wielokulturowość

Podziel się:

Oceń:

Jest jak haiku – niewiele mówi, a jednak pozostawia słuchacza z wrażeniem obcowania z kimś niezwykłym. Nie brak jej subtelnego poczucia humoru. Najchętniej uprawiałaby non stop własną sztukę, gdyby nie wysokie koszty życia w Anglii. MAKIKO NAGAYA, wyluzowana Japonka, której nie przerażają tłumy w londyńskim metrze.

 

Siedzimy w samym sercu londyńskiego City, które nieco przypomina Tokio. Czy stamtąd właśnie pochodzisz?

Urodziłam się na wschodnim wybrzeżu Japonii, w pobliżu miasta Nagoya. W połowie trzeciej klasy szkoły podstawowej przeprowadziliśmy się do Vancouver w Kanadzie, ze względu na pracę ojca.

Kim był z zawodu?

Pracował w przemyśle motoryzacyjnym. Zakładał fabryki w krajach, do których wyjeżdżaliśmy.

Jak się czułaś w kanadyjskiej szkole?

To były lata 80., nie istniały specjalne klasy dla dzieci obcojęzycznych. Rodzice zachęcali mnie do zabaw z rówieśnikami, sami też spotykali się z kanadyjskimi sąsiadami zamiast trzymać się społeczności japońskiej.

Kanada jest dziś krajem oficjalnie dwujęzycznym. Jak było wtedy?

Mieliśmy lekcje francuskiego, ale ja uczyłam się w tym czasie angielskiego, przynajmniej z początku. W soboty chodziłam do szkoły japońskiej. Kiedy miałam 14 lat, wróciliśmy do Japonii i poszłam tam do szkoły średniej. Ale znów wyjechaliśmy, tym razem do Midlands w Anglii. Trafiłam wtedy do szkoły z internatem. Jako jeden z głównych przedmiotów wybrałam sztukę i to wpłynęło na moją decyzję o dalszych planach życiowych.

Który z systemów edukacji bardziej ci odpowiadał – japoński czy angielski?

W Anglii uczy się samodzielnego myślenia. Uczniowie wybierają mniej przedmiotów, specjalizują się w nich. Pisze się eseje, mniej jest nauki pamięciowej, która dominuje w Japonii. Za to trzeba wcześniej zdecydować, co chce się robić. Moja szkoła była na bardzo dobrym poziomie, wyjechałam po niej do Japonii na studia. Chciałam zostać nauczycielką w dziedzinie sztuki, wybrałam więc uniwersytet pedagogiczny.

Na myśl przychodzi powieść Murakamiego „Norwegian Wood”. Świat studencki pokazany jest w niej z dużą dozą nostalgii.

Dla mnie był to świetny okres w życiu. Mieszkałam pierwszy raz sama, poza miastem. Byłam dobrą studentką, dużo się uczyłam. Nie chodziłam do klubów. Mogłam koncentrować się na tym, co mnie interesuje. Rodzice przeprowadzili się w tym czasie do Nowego Jorku, odwiedzając ich poznawałam więc jeszcze inną kulturę.

Pracowałaś po studiach jako nauczycielka?

Nie. Przygotowywałam się do tego, uczono nas teorii sztuki we wszystkich dziedzinach, malarstwie, rzeźbie, grafice. Ale zainteresowałam się zawodem kuratora i przyjechałam do Londynu, kontynuować kształcenie. Poszłam do Goldsmiths College na studia magisterskie w kuratorstwie sztuki.

Siedzimy na tarasie japońskiego banku, w którym pracujesz jako asystentka. Jak do niego trafiłaś?

Po studiach zamieszkałam w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mój mąż był głównym kuratorem Art Biennial w Sharjah, ja pracowałam tam jako wystawca z japońskimi artystami. Kiedy wystawa dobiegła końca, wróciłam do Londynu. Musiałam pilnie znaleźć pracę. Coś, co miało być na chwilę, ciągnie się do dziś, i to od 14 lat. (śmiech)

Znajdujesz czas na wykonywanie wyuczonego zawodu?

Praca w banku to korporacyjne 9.00-5.00, na szczęście kontynuuję współpracę z mężem przy różnych projektach artystycznych. Wcześniej przez kilka lat prowadziliśmy galerię sztuki niedaleko Liverpool Street. Teraz koncentruję się na własnej twórczości. Znajdowanie czasu na to wszystko jest trudne. Próbuję być na bieżąco z nowościami w sztuce, jak również pracować nad własnymi rzeczami.

Widziałam ciekawe zdjęcia z twojej wystawy „Moths to-from a Flame”, która miała miejsce w Londynie w 2008 roku. Gdzie pokazywałaś swoje obrazy od tamtego czasu?

Wystawiam regularnie w Londynie i w Europie. Często jest to „live performance”, podczas którego wykonuję bardzo duże obrazy, współpracując z innymi malarzami oraz muzykami. Niedawno miałam wystawę w Dorich Museum, w studio domowym brytyjskiej artystki Dory Gordine.

Ostatnio przyglądałam się też życiu i twórczości Georgii O’Keeffe, choć nie jest to moja ulubiona artystka. Analizowałam jej słynne wielkoformatowe kwiaty, podczas gdy sama pracowałam nad serią kolorowych form abstrakcyjnych. Georgia żyła pełnią życia, niezależnie, tworząc w swoim studio na nowomeksykańskim pustkowiu.

A co fascynuje cię w sztuce japońskiej?

Zdecydowanie ukiyo-e. („obrazy przepływającego świata” na drzeworytach – Z.M.) Kocham je.

Ja uwielbiam „Wielką falę z Kanagawy” Hokusai, mimo że od dwustu lat uchodzi niezmiennie za artystyczny pop. Ostatni raz było o niej głośno przy okazji tsunami na północy Japonii w 2011 roku.

Dla mnie nie istnieją inne niż sama idea „wielkiej fali” historyczne powiązania z pięknem tego malarskiego dzieła.

Pochodzisz z kraju praktycznie jednonarodowego (Japończycy stanowią 99% populacji Japonii). Jaki jest twój do tego stosunek?

Pierwszy szok kulturowy przeżyłam, kiedy wróciłam... do Japonii z Anglii! Nagle znalazłam się wśród samych Japończyków. W dodatku było wokół mnie niewielu takich, którzy mieli przyjaciół za granicą. Dotąd nie znali nikogo, kto dorastał poza Japonią. Do dziś czuję się nieswojo, gdy odwiedzam swój kraj – jadę pociągiem i wszyscy wyglądają tak jak ja.

Japończycy są ciekawi świata, podróżują. Co sprawia, że tak mało ludzi osiedla się w ich kraju? Czyżby język?

Wszystko jest totalnie inne. To jest fascynujące. Jeśli chcesz poznać Japonię, musisz na to poświęcić kilka lat. Pierwsze wrażenia będą bardzo powierzchowne, potem przyjdzie refleksja, że jest dziwnie, ale stopniowo zaczniesz rozumieć subtelności i cieszyć się, że możesz je zgłębiać.

Anglia nie jest tak egzotyczna na tle reszty świata, jednak idzie obecnie w kierunku izolacjonizmu.

I to jest błąd. Nie rozumiem tej decyzji. Stało się to na bazie fałszywych informacji.

Jak wpłynie na twoje życie brexit?

Mam japoński paszport, nigdy nie byłam obywatelką Unii Europejskiej. Będę podróżować na takich samych jak dotychczas zasadach.

Nie chciałaś przyjąć angielskiego obywatelstwa?

Nie odczuwałam takiej potrzeby. Jestem żoną Anglika o greckich korzeniach. Poza tym w Japonii nie można mieć dwóch paszportów.

Planujesz jakieś zmiany w najbliższej przyszłości?

Ja zawsze coś knuję. (śmiech) Jeśli chodzi o pracę, mówię sobie bezustannie, że jeszcze dwa lata i koniec. Dzielenie jej na segmenty pomaga wytrzymać. Z początku kultura korporacyjna była dla mnie egzotyczna. Ludzie mówili bardzo szybko, zawsze się z czymś śpieszyli. Przyzwyczajanie się do tego zajęło mi trochę czasu. Teraz przywykłam, ale chciałabym mieć więcej swobody, dla siebie i dla swojej twórczości.

Czy balans pomiędzy pracą a życiem prywatnym jest podobny w japońskim banku i u innych pracodawców w Londynie?

We wszystkich bankach inwestycyjnych jest podobnie. Obłożenie pracą jest ogromne. Ja mogę co prawda wyjść o 18.00, ale wielu kolegów pracuje w weekendy, przesuwa urlopy, bo nie ma na nic czasu.

A jak oceniasz sytuację w Japonii, gdzie jest ciągle krytycznie pod tym względem – bywa, że pracownicy korporacji spędzają w domu nie więcej niż 4 godziny na dobę; zdarzają się samobójstwa z powodu przepracowania. Firmy podobno próbują wprowadzać nowe reguły, na przykład obowiązkowe wolne godziny w poniedziałek rano?

Albo wolne popołudnia w piątek. Tylko że pracownikom trzeba dodawać odwagi, tak bardzo przywykli do ciężkiej pracy i dyscypliny. Dostaję czasem emaile od kolegów z Tokio o bardzo dziwnych porach. Pytam zdumiona, czy nie powinni być już w domu.

Sytuacja kobiet w Japonii jest szczególnie trudna – nie dają rady pogodzić pracy z wychowaniem dzieci, 70% zawiesza w tej sytuacji karierę. Z drugiej strony posiadanie dziecka jest bardzo kosztowne i potrzeba na nie dwóch pensji.

Coraz więcej kobiet stara się zostać w pracy, coś się więc zmienia. Wiesz na pewno, że edukację traktuje się w Japonii bardzo poważnie. Dodatkowe lekcje też dużo kosztują. Często rodzice opłacają dzieciom studia. Koszty wychowania rosną drastycznie.

A jak porównałabyś rynek sztuki w obu krajach?

W Londynie istnieją platformy dla różnych rodzajów sztuki, od niezależnych przestrzeni artystycznych do komercyjnych galerii. Tyle się dzieje, wszystko to ma swoją historię. Są tu dobre szkoły artystyczne, do których zjeżdżają zarówno nauczyciele, jak i uczniowie z całego świata. W Japonii mam kilku znajomych artystów, narzekają na biurokrację, jest im trudniej. Ale artystom na całym świecie jest ciężko. (śmiech)

Jak wygląda dostęp do sztuki?

Tutaj w Londynie muzea są po prostu wspaniałe, jest tyle do wyboru. W Japonii wstęp do muzeów jest płatny. Ale na wystawy specjalne stoi się w wielkich kolejkach – Japończycy interesują się sztuką, chłoną wiedzę. Niestety nie chodzi tu o wystawy sztuki japońskiej.

Niedawno wróciłaś z Japonii. Czego stamtąd brakuje ci najbardziej?

To była moja pierwsza wizyta od pięciu lat. Poza rodziną brak mi tamtejszej opieki zdrowotnej. Byłam u dentysty. Opłaciło się, licząc nawet koszty lotu.

Tęsknisz za rodzimą kuchnią?

W Londynie wszystko jest. Chodzę do waszych restauracji, do POSK-u (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny – Z.M.). Kocham ten budynek, nie zmieniajcie w nim niczego! Uwielbiam polski sernik. W polskich delikatesach kupuję wędzone makrele.

Tutaj, w City, prawie na każdym rogu macie tanią sieciówkę z sushi.

To nie jest sushi sushi, ale jest dobre. (śmiech)

A jakie miejsce poleciłabyś koneserom sushi?

Tydzień temu byłam w nowym japońskim supermarkecie, w Westfield przy Shephard’s Bush. Niesamowite miejsce, choć drogie. Podobno to największy japoński sklep w Europie. Warto się do niego wybrać i popróbować różnych rzeczy.

Macie najwyższy na świecie wskaźnik długości życia, między innymi dzięki zdrowej kuchni.

To prawda, odżywiamy się zdrowo, dbamy o to. W telewizji japońskiej jest bardzo dużo programów o zdrowym żywieniu, ludzie je oglądają i naprawdę stosują się do wielu zasad. Opieka zdrowotna jest dobra, powszechne są regularne badania lekarskie.

Zaimportowałaś te zwyczaje do Anglii?

Tak, odżywiam się zdrowo. Ale trochę szaleństwa nie zaszkodzi. Nie należy przesadzać w żadną stronę!

A jak mieści się w tym obrazie polska kuchnia?

Nie jem zbyt wielu pierogów! (śmiech) Byłam w tym roku pierwszy raz w Polsce, w Warszawie i w Krakowie. Chodziłyśmy ze znajomą do fantastycznych restauracji. Uzależniłam się od waszej żubrówki z sokiem jabłkowym – jak to się nazywa...? szarlotka? (śmiech)

Spodobały ci się polskie miasta?

Cieszę się, że odwiedziłyśmy dwa tak od siebie różne. Oba są piękne. Podobało mi się bardzo w Wieliczce, w Łazienkach.

Lubisz Londyn?

Jestem tu od 20 lat. W pracy spotykam ludzi z całego świata. Widzę w emigracji więcej pozytywów niż negatywów. Ostatnio mam w tyle głowy troskę o rodziców, którzy mieszkają w Japonii. Zazdroszczę kolegom, mającym bliskich tutaj albo chociaż w Europie. Ja też mogę polecieć do Japonii, lot trwa 13 godzin. Ale to nie to samo co być bliżej rodziny.

W Japonii kobieta opiekuje się rodzicami męża?

Taka jest tradycja, że wżeniasz się w rodzinę męża, przybierasz jego nazwisko. Ale to się zmienia. Czasem ludzie się rozwodzą albo wyprowadzają się w dalekie strony, wtedy mogą odwiedzać rodziców jedynie od czasu do czasu.

Społeczeństwo ulega westernizacji, czy to dobrze, że zanikają tradycje?

50 lat temu mężczyźni wracali do domu, w którym oczekiwali żony, obiadu i zasłanego łóżka. Teraz moi koledzy z Japonii są delikatniejsi dla kobiet. Jeden z nich szukał ostatnio mieszkania. Gdy go spytałam, co wybrał, powiedział, że żona musi zdecydować.

A może zawsze takie byłyście? Ja, zanim sięgnęłam po Murakamiego i Ishiguro, poznałam „Zapiski spod wezgłowia” Sei Shōnagon i „Opowieść o Genji” Murasaki Shikibu. Tysiąc lat temu to kobiety pisały u was literaturę znaną do dziś, opowiadały o życiu dworskim, o relacjach międzyludzkich.

Oczywiście, że gejsza jako słaba, skromna kobietka to popularny na Zachodzie stereotyp. Trudno zwalczyć taką wizję Japonii, często się nas, kobiety, fetyszyzuje. Ale sami Japończycy to promują, jako odmienne i fascynujące. To szkodzi Japonii. Na szczęście to tylko jedna jej strona. Jest krajem pełnym kontrastów.

Lubisz japońskie motywy w sztuce impresjonistów?

Lubię hybrydowy aspekt sztuki. Kiedy widzę gejszę w kimono, uśmiecham się. Ostatnio byłam na imprezie o tematyce japońskiej, wszyscy poprzebierali się w kimona. Nic nie wyglądało jak należy, ale podobało mi się bardzo. Jestem przecież Japonką, sztuczność mi nie przeszkadza. (śmiech)

W typowo angielskim domu też można znaleźć dużo „odlotowych” drobiazgów. Do tego jest na nie trochę więcej miejsca niż w Japonii!

To prawda, mieszkania tutaj są większe, ale drogie. W Japonii jest taniej, mieszka się w mysiej dziurze, za to samemu. Siedząc na WC, można myć zęby. I ciśnienie wody jest porządne, nie tak jak tutaj.

Ale w Anglii ciągle pada! (śmiech)

Pogoda londyńska całkiem mi się podoba, deprymująco robi się dopiero w drugiej połowie zimy, jak wszędzie. W Japonii mieliśmy w lipcu 42 stopnie. Było mi za gorąco.

A co sądzisz o tłumach w Londynie?

Kiedy jadę metrem, obserwuję ludzkie twarze, tyle na nich napięcia. Myślę wtedy: „Ależ kochanie, nic takiego się nie dzieje”. Żal mi londyńczyków. Co roku jest tutaj gorzej, ale daleko nam do Tokio.


Rozmawiała Zuzanna Muszyńska


 

 

multikulti, multicoolti, Tygodnik Cooltura, Tygodnik Kultura Wielka Brytania, Wielokulturowość

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe