Adam Bielecki – wspinanie, jako sposób na życie

  • 3.09.2018, 06:50
  • adam bielecki wspinanie, adam bielecki himalaista, szczyt marzen
Podziel się:
Oceń:
Adam Bielecki – wspinanie, jako sposób na życie
Już niebawem, w dniach 6-9 września odbędą się cztery prelekcje w Wielkiej Brytanii i Irlandii pod hasłem „Szczyt Marzeń, moja droga na K2”...

Dariusz A. Zeller: Przedstaw czego ów panel będzie dotyczył?

Adam Bielecki: Ta prelekcja została przygotowana bezpośrednio po wyprawie zimowej na K2 i składa się z dwóch części. Pierwsza część to krótkie podsumowanie mojej dotychczasowej kariery wspinaczkowej – od początków poprzez pierwsze sukcesy w górach wysokich, poprzez porażki w górach wysokich. To pokazuje drogę, która mnie doprowadziła do udziału w zimowej wyprawie na K2. No i tutaj zaczyna się ta druga część, czyli właśnie wyprawa zimowa na K2 wraz z akcją ratunkową na Nanga Parbat. Tak że będzie to dwugodzinna prelekcja multimedialna, jest sporo filmików, dużo zdjęć i… moja historia.

 

Narodowa wyprawa na K2, do której przygotowywaliście się z innymi polskimi himalaistami nie zakończyła się zdobyciem góry po raz pierwszy zimą, jednak dziś bardziej pamięta się styl, w jakim ty i Denis Urubko podjęliście akcją ratunkową na Nanga Parbat. Jak dziś wspominasz tamte wydarzenia?

No cóż… to była długa wyprawa, blisko trzy miesiące spędziliśmy w Pakistanie. Wyprawa nieudana w tym sensie, że nie weszliśmy na szczyt, ale szczęśliwa, bo wszyscy wróciliśmy cali i zdrowi do domów. I faktycznie wyróżniają się tu dwie podstawowe kwestie. Jedna to jest sama wyprawa na K2, gdzie szczytu nie udało się zdobyć, ale zdobyliśmy niezbędne doświadczenia, które mam nadzieję, że zaprocentują przy kolejnej próbie. Dotarliśmy dosyć wysoko, bo na 7400 m. A druga kwestia to oczywiście akcja ratunkowa na Nanga Parbat, która budzi trochę mieszane uczucia. Bo z jednej strony bardzo cieszymy się, że udało się uratować Elizabeth Revol, a z drugiej strony jest w nas smutek i chyba nawet dominuje żal, że nie udało się pomóc Tomkowi i Tomek Mackiewicz został na stokach Nanga Parbat na zawsze. Na pewno będę pamiętał tę akcję, ponieważ było to dla mnie ważne wydarzenie i trudna wyprawa.

 

Wywołało to olbrzymie uznanie i wręcz zadziwienie na całym świecie, ponieważ weszliście 1200 m w górę w ciągu zaledwie ośmiu godzin, a jest to dystans, który zwykle pokonuje się w dwa-trzy dni…

Trochę jest to przesadzone z tymi czasami. Rzeczywiście wspinaliśmy się dosyć szybko. Jak ktoś mnie pyta jak to jest możliwe, że tak szybko wspinaliśmy się, to zawsze powtarzam, że mieliśmy bardzo, bardzo dobrą motywację. I rzeczywiście, kiedy na szali jest życie drugiego człowieka to jesteśmy zdolni i do większego wysiłku i do większych kompromisów w kwestii naszego bezpieczeństwa. Ale też nie jest tak, że przebycie tego odcinka zajmuje dwa-trzy dni. Dlatego, że ten odcinek pokonuje się naprawdę w jeden, długi dzień. To, co może było szczególne w tej akcji to to, że działaliśmy zimą, działaliśmy w nocy, po drodze, która nie była przygotowana, bo przecież Mackiewicz i Revol wspinali się inną drogą. Musieliśmy korzystać ze starych lin poręczowych, czego ja normalnie nie robię, bo jest to po prostu niebezpieczne. Ale tu sytuacja była wyjątkowa, więc wyjątkowe musiały być nasze działania. Wspinaliśmy się szybko, bo byliśmy bardzo dobrze przygotowani. Zarówno Denis jak i ja jesteśmy profesjonalnymi wspinaczami, bardzo intensywnie trenowaliśmy do wyprawy na K2, mieliśmy odpowiednią aklimatyzację, mieliśmy też trochę szczęścia, bo pogoda akurat tej nocy była całkiem niezła – świecił księżyc, który oświetlał nam drogę, były też te stare liny poręczowe z wyprawy, która działała na Nanga Parbat jesienią, czyli zaledwie parę miesięcy przed naszą wyprawą. Mieliśmy też całkiem niezłe warunki śnieżno-lodowe, bo o ile zazwyczaj zimą w kuluarze Krisztofera najczęściej jest czarny, twardy lód, to tutaj ten lód oczywiście też był, natomiast sporo było takich płatów śniegu czy fildu, który po prostu umożliwiał nam szybszą niż zwykle wspinaczkę. Także myślę, że ten nasz czas był dobry, ale też nie był w jakiś sposób nadludzki czy niesamowity, czy z kosmosu.

 

Jak wyglądał sam moment spotkania Elizabeth?

Dla mnie bardzo, bardzo wzruszający. Denis prowadził i jak krzyknął, że znalazł Eli, to na początku nie mogłem w to uwierzyć, bo spodziewaliśmy się, że zastaniemy Eli dużo wyżej. Ona – trzeba to wyraźnie podkreślić – jest niesamowicie silną i twardą kobietą, która była sama w stanie, samodzielnie, bez sprzętu zejść kilkaset metrów, czym sama sobie bardzo pomogła, a dla nas było to bardzo duże zaskoczenie i dla mnie bardzo duże wzruszenie, że to się w ogóle udało, że do niej dotarliśmy, że jest – biorąc pod uwagę to, przez co przeszła – w całkiem niezłym stanie.

 

Masz z nią kontakt? Czy doszła już do siebie po tej wyprawie?

Mam kontakt. Fizycznie wygląda całkiem nieźle, bo myśleliśmy, że te amputacje odmrożonych palców i odmrożonej stopy będą bardzo duże, a okazało się, że skończyło się tak naprawdę na takich drobnych amputacjach. Były one absolutnie nieuniknione, ale w zakresie dużo mniejszym niż było to przewidywane, więc jeśli chodzi o stronę medyczną są to bardzo dobre wiadomości. Natomiast wiem, że jest jej bardzo trudno psychicznie. Wiem, że duże piętno na niej te wydarzenia odcisnęły. Niedługo będzie w Polsce, bardzo się cieszę, na festiwalu górskim w Zakopanem, więc będziemy mogli spotkać się osobiście. I tak naprawdę pierwszy raz od czasu akcji osobiście pogadać. Póki co, mamy kontakt internetowy. Dobrą wiadomością jest to, że o ile wcześniej nie mogła ćwiczyć, nie mogła ruszać się, to wiem, że w chwili obecnej już jeździ na rowerze, a dla nas – sportowców wysiłek fizyczny jest niezbędny, żeby utrzymać dobrą kondycję fizyczną. Także wiem, że jest we Francji, w domu, z rodziną i powoli dochodzi do siebie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Przy czym myślę, że ten stan fizyczny jest lepszy niż stan psychiczny.

 

Wracając zatem do głównego celu waszej wyprawy, czyli zdobycia K2 zimą – będzie druga narodowa wyprawa?

Myślę, że będzie. Generalnie już szykujemy się do kolejnej wyprawy. Razem z zespołem podjęliśmy decyzję, że nie będziemy tego robić na szybko, nie chcemy tego robić tej zimy. Jeżeli w tym roku żadna inna wyprawa nie pojedzie i nie wejdzie na szczyt, to myślę, że wstępnie za dwa lata my pojedziemy i wrócimy na K2. No i spróbujemy wykorzystać doświadczenia, które zyskaliśmy podczas poprzedniej wyprawy.

 

Adam, z punktu widzenia twoich doświadczeń, które są imponujące – jesteś m.in. pierwszym zimowym zdobywcą ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak oraz zdobywcą K2, Makalu i Gaszerbrum II. Ponadto masz ponad 100 innych, często ekstremalnych wejść. Tworzysz absolutną czołówkę światowych wspinaczy. Nie wiem, czy się zgodzisz, ale tworzysz swoją legendę… Co cię ciągnie w góry, czy to widoki, czy cele które sam sobie stawiasz, czy sport ekstremalny? Co cię motywuje?

Mądrzejsi ode mnie próbowali odpowiedzieć na pytanie czemu chodzimy w góry i myślę, że jak dotychczas takiej odpowiedzi satysfakcjonującej wszystkich nie udało się jeszcze udzielić. Jest bardzo trudno zawrzeć to w jednym zdaniu. Myślę, że jest to szereg czynników (m.in. poszukiwanie adrenaliny, przekraczanie własnych możliwości), bo jest i aspekt estetyczny – widoki, które jest nam dane oglądać są absolutnie niesamowite. Jest aspekt sportowy, bo himalaizm to sport, jest aspekt eksploracyjny, który mnie osobiście bardzo pociąga. Taki aspekt odkrywania tego, co jest za rogiem, ciekawość związana z prowadzeniem nowych dróg, wchodzenia na niezdobyte szczyty, czy też wchodzenia pierwszy raz zimą. Jest na pewno ważny aspekt międzyludzki, czyli aspekt braterstwa liny, partnerstwa górskiego, który jest czymś wyjątkowym. Jest aspekt duchowy, czy też metafizyczny. Dla mnie chodzenie po górach jest świecką formą duchowości. Dla mnie wspinanie to nie tylko sport, nie tylko hobby czy pasja, to po prostu sposób na życie i w pewnym sensie swoje życie realizowaniu tej pasji podporządkowałem. Myślę, że jest cały szereg czynników, które sprawiają, że dziesiątki tysięcy, jak nie miliony ludzi każdego dnia wychodzą w góry. I to nieważne, czy na mniej, czy bardziej ekstremalne ściany, czy po prostu pochodzić i pospacerować po naszych pięknych Tatrach czy Beskidach. Na pewno w tych górach jest coś magicznego. Coś, co tę rzeszę ludzi tam ciągnie.

 

Jesteś jednym z najmocniejszych, zarówno fizycznie jak i psychicznie, himalaistów na świecie. Zdradź nam, z czego to wynika, jak przygotowujesz się do kolejnych wypraw?

Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest (śmiech), ale oczywiście to bardzo miłe, co mówisz. Myślę, że ważne jest to, że mimo tych swoich 35 lat, robię to od 20 lat. W wieku 15 lat zacząłem wspinać się w górach. Mając 16 lat zdobyłem trzy pierwsze czterotysięczniki alpejskie. W wieku 17 lat wszedłem na swój pierwszy siedmiotysięcznik. To są już lata spędzone w górach i myślę, że to doświadczenie to jest coś, co jest absolutnie niezwykle cenne. Kolejna rzecz to to, że przygotowuję się bardzo intensywnie do wypraw. Jestem pod opieką trenera, współpracuję z dietetyczką. Tak naprawdę na te moje obecne sukcesy w górach wysokich pracuje grupa ludzi. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że jestem zawodowym sportowcem i mogę skupić się tylko na wspinaniu. Myślę zatem, że ważne są takie czynniki jak doświadczenie, czyli wiele lat w tym zawodzie i tym sporcie, intensywny trening, odpowiednia dieta, dbanie o własne ciało. No i też wiązanie się liną z odpowiednimi ludźmi, odpowiednimi partnerami – to są te czynniki, które pozwalają odnieść sukces we wspinaniu.

 

Pochodzisz z Tychów. Będąc dzieckiem usłyszałeś od ojca – „Możesz zostać w życiu kim chcesz. Byleby nie górnikiem”. Czy miało to znaczenie w twoich przyszłych wyborach życiowych?

Tak, to jest taka nasza rodzinna anegdotka (śmiech). Mój ojciec, który pracował w kopalni zawsze mówił, że zarówno ja, jak i moja siostra, możemy wybrać sobie dowolny zawód, tylko on nas prosi, byśmy nie szli na kopalnię, bo rzeczywiście są to bardzo ciężkie warunki pracy. Aczkolwiek z tej historii płynie taki morał, że uważaj, czego życzysz. Wszyscy się teraz śmiejemy – tato chciał uniknąć dla mnie losu górnika ze względów bezpieczeństwa, a wybrałem sobie taką aktywność, która niekoniecznie jest bezpieczniejsza od bycia górnikiem. No i tak śmiejemy się, że tata chodził w dół, a ja chodzę w górę.

 

Czy w początkach swojej niesamowitej kariery wzorowałeś się na kimś?

Tak, ja generalnie byłem zafascynowany literaturą górską i zapewne stąd płynęła inspiracja, żeby samemu zostać himalaistą. Zaczytywałem się więc w książkach górskich i bohaterów mojego dzieciństwa było bardzo wielu. I o ile dzisiaj dzieciaki wzorują się najczęściej na piłkarzach, tak dla mnie tymi bohaterami były takie nazwiska jak Wojtek Kurtyka, Jurek Kukuczka, Wanda Rutkiewicz czy Andrzej Czok – cały szereg świetnych himalaistów, którzy tak naprawdę tworzyli tę scenę wspinaczkową w latach 80. Polacy mają niezwykłe osiągnięcia w tym sporcie, ale też i wspinacze zagraniczni, jak np. Walter Ponape czy Chris Bonington, a mógłbym wymieniać niemalże bez końca. Z drugiej strony dzisiaj myślę w ten sposób, że ten czas wzorowania się na innych już minął tak naprawdę i dzisiaj staram się wyznaczać własną ścieżkę w górach i po prostu iść swoją drogą.

 

Ale, jak wspomniałeś, ważne jest, kto idzie z tobą na końcu liny. Z kim najlepiej ci się współpracuje w górach?

Bardzo ważne jest to, aby ta osoba była jak najbardziej profesjonalna, to jest podstawowy aspekt. Ale też na pewno fajnie wspina się z przyjaciółmi, z ludźmi, których lubimy, z którymi bardzo dobrze się dogadujemy. Od wielu lat jeżdżę na wyprawy z Jackiem Czechem, który jest moim partnerem, moim przyjacielem. Wiele lat temu był moim instruktorem na kursie skałkowym. Dzisiaj wspinamy się razem.. Dopiero co wróciliśmy ze wspólnej wyprawy do Pakistanu, gdzie weszliśmy na Gaszerbrum II – jeden z ośmiotysięczników. A już w październiku planujemy wspólnie kolejną wyprawę. Mamy na swoim koncie tych wspólnych wypraw chyba z osiem, albo nawet dziewięć. Ale oczywiście mam też to szczęście, że mogłem wspinać się z najlepszymi w tym sporcie, na świecie. Przecież wspinałem się i z Arturem Hajzerem i z Denisem Urubko, i teraz na ostatniej wyprawie z Borysem Dedeszko, który jest zdobywcą nagrody Złotego Czekana, która jest najważniejsza dla środowiska górskiego. Ale wspinałem się ponadto także z Januszem Gołąbem i z całą czołówką polskiego wspinania. Mam dziś to szczęście, że rzeczywiście na tych partnerów nie narzekam.

 

Jesteś człowiekiem odpornym psychicznie, ale sam przyznałeś, że jednak sprawa z tej ostatniej wyprawy wyprowadziła cię z równowagi. Jaki jest finał „sprawy ukraińskiej”? Możesz coś bliżej o tym powiedzieć?

Tak, rzeczywiście. W środowisku górskim coś, co mi się zawsze podobało, to to, że kwestia tego, czy ktoś wszedł na szczyt czy nie, zawsze była oparta na zaufaniu. Tak naprawdę my – himalaiści, nie musimy przedstawiać dowodów wejścia na szczyt. Takim dowodem jest po prostu słowo wspinacza, ale oczywiście jak w każdym środowisku tak i w naszym są osoby, które tego zaufania nadużywają i historia himalaizmu czy wspinaczki zna szereg spektakularnych oszustw dotyczących wejścia na szczyt, które nigdy nie miały miejsca. Natomiast mnie nigdy takie sytuacje nie emocjonowały, wspinam się tak naprawdę dla siebie i dla mnie taki pomysł, że było się tam, gdzie się nie było, jest absurdalny i bez sensu. No i o ile często to środowisko wspinaczkowe rozpala dyskusja, czy dany wspinacz był na szczycie czy nie był – ja nigdy w to nie wchodziłem. Do czasu, kiedy sam byłem świadkiem sytuacji, w której trójka himalaistów ukraińskich twierdziła, że weszła na szczyt, po czym trzy dni później my na tym szczycie stanęliśmy i okazało się, że ich ślady kończą się 200 m przed szczytem, czyli co najmniej dzieliła ich najmniej godzina, może dwie godziny wspinaczki, czyli kawał drogi. A oni okłamali mnie po prostu w twarz i rzeczywiście wyprowadziła mnie ta sytuacja z równowagi. Ale cóż, takie jest życie…

 

O jakich śladach mówimy? Jakie ślady zostawia się na takich dużych wysokościach? Ślady na śniegu zaciera wiatr, a jakie inne jeszcze?

To właśnie zależy od pogody. Pomiędzy naszym wejściem, a ich wejściem była bardzo ładna pogoda, nie padał śnieg, świeciło słońce, nie było zbyt silnego wiatru, a biorąc pod uwagę, że wcześniej, przed atakiem szczytowym zespołu ukraińskiego były duże opady śniegu, więc oni idąc drogą normalną, która nie jest szczególnie stroma, musieli brnąć w tym głębokim śniegu. Takie ślady do czasu następnym intensywnych opadów, czy też do czasu, gdy nie wieje jakiś bardzo silny wiatr to takie ślady są trwałe i je wyraźnie widać. Tak też było w tym przypadku. Ich cała droga od ostatniego obozu III do podstawy kopuły szczytowej była wyraźnie widoczna. No, ale przed kopułą szczytową, przed wejściem na grań te ślady po prostu kończyły się. Było widać platformę, gdzie zapewne oni stali zastanawiając się co robić dalej. No i w tym miejscu ewidentnie podjęli decyzję o odwrocie. Na samym wierzchołku, czy na grani szczytowej żadnych śladów nie było, a gdyby weszli na szczyt to na 100% takie ślady byłyby.

 

Zmieniając trochę temat. W roku ubiegłym ukazała się twoja biografia „Spod zamarzniętych powiek”, która cieszy się dużym powodzeniem na rynku wydawniczym, m.in. w księgarni polskiej w Londynie. Spodziewałeś się takiego rozgłosu?

Absolutnie nie spodziewałem się, tym bardziej, że nigdy nie czułem się mocny w słowie pisanym. Aczkolwiek niewątpliwie taki sukces bardzo, bardzo cieszy. Tym bardziej, że napisanie tej książki dużo mnie kosztowało: fizycznej pracy ślęczenia przy komputerze, ale też może bardziej psychicznej, bo jednak trudno się pisze o sobie, trudno też się pisze o innych ludziach, którzy wiem, że będą to czytali. Trudno jest też napisać książkę jednak specjalistyczną, no bo przecież himalaizm to specyficzny sport, w którym istnieje wiele fachowych terminów, a ja bardzo chciałem, żeby tę książkę dobrze się czytało wszystkim, nie tylko ludziom, którzy chodzą po górach czy wspinają się, ale też tym, którzy chcieliby się dowiedzieć, którzy są ciekawi co nas ciągnie w te góry, jak to wszystko wygląda i żeby dla nich ta książka była napisana jasnym i zrozumiałym językiem, a z drugiej strony, żeby też nie raziła specjalistów. Wydaje się, że ten cel udało się osiągnąć. A to, że czytelnikom ta książka podoba się, to w ogóle jest największą radością dla mnie i rzeczywiście źródłem wielkiej, wielkiej satysfakcji.

 

Przywieziesz trochę tych książek na spotkania w Wielkiej Brytanii i Irlandii? Będzie można je nabyć z twoim własnoręcznym podpisem?

Tak, po każdej prelekcji przewidziany jest czas, w którym można ze mną porozmawiać, można zrobić zdjęcie, można też kupić książkę podczas prelekcji, będzie można zdobyć mój autograf.

 

Często bierzesz udział w przedsięwzięciach takich jak „Szczyt Marzeń, moja droga na K2”?

Tak naprawdę taka forma prelekcji jest moją ulubioną formą kontaktu z kibicami. Bo jednak media to nie jest taka bezpośrednia forma kontaktu. A tutaj rzeczywiście mogę sobie porozmawiać, mogę tych ludzi spotkać na żywo, mogę im opowiedzieć, widzieć ich reakcje na to, o czym opowiadam. Więc ja osobiście dobrze czuję się w takiej formie prelekcji i rzeczywiście od lat te prelekcje robię w miarę regularnie. To będzie moja już druga prelekcja w Dublinie, natomiast rzeczywiście cieszę się, że dotarłem na Wyspy. Dostawałem wiele wiadomości typu „Adam, może przyjechałbyś do Anglii, jest tutaj duża polska społeczność…”, o czym doskonale wiem, bo sam zaliczyłem roczny epizod pracy zarobkowej w Londynie, więc trochę czasu w Anglii spędziłem, mam tam znajomych, których zapewne przy okazji prelekcji odwiedzę. Osobiście bardzo cieszę się na ten wyjazd i fajnie, że będę mógł pojawić się na Wyspach i spotkać z rodakami, którzy są poza krajem.

 

Są jakieś szczyty w Wielkiej Brytanii, które mógłbyś szczególnie polecić?

Ben Nevis udało mi się kiedyś zdobyć, czyli najwyższą górę Wielkiej Brytanii i m.in. Szkocji. Rzeczywiście, te szkockie góry, chociaż niedużej wysokości, są bardzo solidną szkołą wspinaczkową, bo tak jak w Tatrach panuje tam zazwyczaj bardzo kiepska pogoda i faktycznie te góry są bardzo wymagające. A jeszcze takim kolejnym podobieństwem pomiędzy Tatrami, a górami szkockimi jest to, że zarówno tu jak i tam wspinamy się zimą w zamarzniętej trawie, co budzi uśmiech niedowierzania naszych kolegów, którzy wspinają się w Alpach. A jeśli ktoś wspina się technicznie, wspina się zimowo, to bardzo polecam spróbowanie takiej wspinaczki właśnie w Szkocji.

 

Powiedz jeszcze na zakończenie, gdzie można śledzić twoje kolejne wyprawy, gdzie można zobaczyć zdjęcia z tych fascynujących podejść?

Jestem obecny w mediach społecznościowych. Zapraszam do śledzenia swojego konta na Twitterze, na Instagramie – nick „@AdamTheClimber”, można też znaleźć mój fanpage na Facebooku – normalnie pod moim nazwiskiem Adam Bielecki. To jest tak naprawdę najlepsza forma komunikacji ze mną. Sam prowadzę media społecznościowe, więc można do mnie napisać, można mi zadać pytanie. Tych wiadomości dostaję dużo, więc czasami trzeba poczekać na odpowiedź, ale rzeczywiście prawie na każdą wiadomość staram się odpowiadać. Tam też wrzucam na bieżąco informacje o kolejnych projektach, a w trakcie ich trwania również zdjęcia, no i informacje o postępach każdej wyprawy.


Rozmawiał Dariusz A. Zeller


 

 

adam bielecki wspinanie, adam bielecki himalaista, szczyt marzen

Zdjęcia (6)

  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe