Pierwsza reporterska książka o disco polo 

  • 02.12.2019, 13:20
  • Marcin Urban (Polskie Radio Londyn)

Podziel się:

Oceń:

Pierwsza reporterska książka o disco polo
Judyta Sierakowska, z wykształcenia socjolożka, na co dzień niezależna dziennikarka, publikująca w przeszłości m.in. na łamach „Przekroju” , „Rzeczpospolitej” czy „Życia Warszawy”, w swojej najnowszej książce „Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo” mierzy się z tematem fenomenu disco polo, które od lat 90. jest nieodłącznym elementem polskiej kultury. Można się na to obrażać, próbować wyprzeć fakty, ale badania pokazują, że co najmniej połowa Polaków słucha disco polo i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Książka Judyty Sierakowskiej dowodzi, że przez pryzmat disco polo można w ciekawy sposób opowiedzieć o przemianach w Polsce po roku 1989. Działa ono również jak lustro, w którym każdy Polak powinien się przejrzeć, aby poznać część prawdy o samym sobie, niezależnie od tego czy słucha, czy zarzeka się, że nie słucha.

Nie oprę się pokusie zadania pytania, czy lubisz disco polo?

Akceptuję. Prywatnie słucham cięższych brzmień i jeżdżę na koncerty Rammsteina czy Metalliki, co nie przeszkadza, żeby dostrzec fakt, jak disco polo jest osadzone w nas samych i czy tego chcemy czy nie, to część naszej kultury. I jednocześnie bardzo interesujące zjawisko.

Jak odnosisz się do słów Marcina Millera, którego cytujesz: „Disco polo nikt nie słucha, nikt nie szanuje, bo ono jest jak papier toaletowy, codziennie go używasz, ale nikt o nim nie mówi”?

Trochę taka święta prawda. Marcin, lider Boysów, wyspecjalizował się już w wypowiedziach na temat disco polo. Funkcjonuje w tej branży 30 lat, ciągle jest maglowany przez prasę, więc wie co i do kogo mówić.
Pamiętam wpis internautki pod filmikiem wydawnictwa, promującym moją książkę. „Podobała mi się książka Sierakowskiej >>Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina<<, ale o disco polo nie przeczytam, bo nie cierpię tej muzyki”.
Tyle że to nie jest pochwała disco polo, a bardziej o tym, co za nim stoi…

Czyli?

Przeogromny biznes. Disco polo od samego początku miało wyspecjalizowane firmy fonograficzne, prasę, programy, fankluby. Dzięki muzyce tanecznej w wielkich popegeerowskich halach powstawały dyskoteki, które mieściły i mieszczą po kilka tysięcy osób, a występy w nich były przepustką do sławy. Te wiejskie dyskoteki pod egzotycznymi nazwami: Miami, Nevada, Manhattan, Atlanta czy Milano, rozły jak grzyby po deszczu. Tempo było zawrotne, ale w szalonych latach 90. nikt nie bawił się w małe liczby, a jak zamawiano kasety to wagowo: tonę Classica czy dwie tony Shazzy. To miało i ma ogromny wpływ na gospodarkę, na politykę. Przez pryzmat tego, co działo się w disco polo, można śledzić przemiany w Polsce.

Na czym według ciebie polega fenomen disco polo?

Chyba żadne polskie zjawisko na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie miało takiego znaczenia. Jedno to fakt jak wielki jest to biznes, z którego wiele osób czerpie ogromne zyski, a kolejna rzecz to popyt na ten gatunek. Polacy potrzebują optymistycznych piosenek, przy których będą się bawić, a disco polo spełnia tę funkcję doskonale.
Większość imprez plenerowych czy wesel bez tego rodzaju muzyki się nie obędzie. 

Jak myślisz, dlaczego tak duża grupa ludzi słucha disco polo i pierwsze 100 mln wyświetleń na polskim YouTubie zdobył właśnie ten gatunek muzyczny?

Z disco polo jest trochę jak z italo disco, teksty może nie są wyszukane, ale same piosenki są taneczne, rytmiczne i wpadają w ucho. Jak poczyta się fora w internecie, okazuje się, że te ogromne liczby to nie tylko zasługa Polaków. Pod discopolowymi klipami płyną pozdrowienia  z całego świata: Wenezueli, Chile, Australii, Meksyku....
Dzięki „Ona tańczy dla mnie” Weekend z dnia na dzień wskoczył do pierwszej ligi zespołów discopolowych, i znacznie podniósł stawki za koncert i wzrosła ich liczba. Od tego czasu sukces zaczęło się mierzyć liczbą wyświetleń. Teraz nie chodzi o miliony sprzedanych kaset, ale miliony na YouTubie.
W tej branży sukces jednego zespołu przekłada się na zainteresowanie całym gatunkiem.
„Przez twe oczy zielone” Akcentu czy „Miłość w Zakopanem” Sławomira mają aktualnie ponad 200 mln wyświetleń na YouTubie. Tak naprawdę mało, która polska piosenka z innego gatunku muzycznego jest w stanie pobić disco polo pod względem popularności. 
To już się zaczęło w latach 80., kiedy to badania pokazywały, że muzyka biesiadna, jest na pierwszym miejscu. W latach 90. kiedy muzyka disco polo zaczęła funkcjonować pod swoją nazwą, to ona została liderem, i tak jest do dziś. Z badania CBOS z 2018 roku, wynika, że 63% Polaków lubi disco polo. 

W książce zwracasz uwagę na zjawisko popularności telenowel i harlekinów w latach 90. wśród Polaków i łączysz ten fakt z sukcesem disco polo. Czy w Polakach był głód na miłe, przystępne opowieści o uczuciach?

Był, jest i będzie. Chciałam wytłumaczyć skąd wzięła się ta sympatia do disco polo. Ta potrzeba tego co romantyczne, lekkie, przyjemne była daleko przed nim. Za czasów komunizmu w Polsce wszystko było szare, było biednie, a więc pojawiał się naturalna potrzeba oglądania luksusu, egzotyki i intryg z innego, lepszego świata. Polacy całymi rodzinami zasiadali by oglądać „Niewolnicę Isaurę”, „W kamiennym kręgu”, potem „Dynastię”.
Harlekiny, które jak wiadomo nie są wybredną lekturą, cieszyły się wielomilionową sprzedażą egzemplarzy. Co trzecia książka na świecie, ukazująca się na rynku w połowie lat 90. była harlekinem! Kto dzisiaj może pozwolić sobie na takie nakłady? To się mogło zdarzyć tylko w tamtym czasie, w tamtych warunkach. I kiedy pojawiły się też i telewizyjne kanały discopolowe „Disco Relax” i „Disco Polo Live”, to ten pierwszy ściągał nawet 8 milionową widownię, a księża przesuwali godziny mszy, by utrzymać na nich frekwencję.
W kontrofercie nie było wielu kanałów prezentujących inne rodzaje muzyczne z tak wielką widownią. To wszystko miało ogromny wpływ na gusta Polaków. 

Jak wyglądała praca nad ta książką?

Przeprowadziłam dziesiątki wywiadów z muzykami, producentami, osobami związanymi z branżą, jeździłam po branżowych festiwalach, imprezach plenerowych, klubach. Przeczytałam setki artykułów prasowych czy internetowych, badań. Oglądałam archiwalne dokumenty. Wiązałam wydarzenia, fakty. Ostatnio uzmysłowiłam sobie, że mój pierwszy reportaż w życiu, który napisałam 2005 roku, kiedy jeszcze stażowałam w „Przekroju”, był właśnie o disco polo. Nie planowałam wtedy książki, ale czułam to zjawisko. W 2011 wróciłam do tematu i zrobiłam bardzo duży reportaż do Puls Biznesu Weekend. Był to czas gdy powstawały różne stacje telewizyjne, jak Polo TV, pojawił się też Internet, który pokazał, jakie są prawdziwe gusta Polaków. Zbierając wtedy materiał, zdałam sobie sprawę, że nadal na rynku nie ma fachowej literatury, która podejmowałaby temat disco polo jako fenomenu. W ostatnich latach pojawiły się książki o Sławomirze Świerzyńskim, Zenku Martyniuku czy Marcinie Millerze, są to jednak lekkie książki dla fanów. Nurtowało mnie dlaczego nikt się tym do tej pory nie zajął. Dlaczego to okrutne disco polo, ten bękart muzyczny, bo tym jest dla innych gatunków, nie jest traktowane poważnie? Ileż można je ignorować?
Dotarło do mnie, że my się tak naprawdę disco polo wstydzimy. Niezależnie od tego, jakie pieniądze by stały za tą branżą, ludzie nie chcą widzieć z disco polo zjawiska tylko cztery takty, kicz i syntezator. 
A przecież przez pryzmat zmian w disco polo, można opowiedzieć choćby historię Polski od 1989 roku i przemian, jakie w niej zaszły, pokazać jak zmieniał się przemysł, prawa autorskie, jak powstawały fortuny i jak się je traciło.

Marcin Urban (Polskie Radio Londyn)

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe