CAMBODJANA – dokument o zapomnianej misji Polaków w Kambodży

  • 18.02.2021, 10:26
  • Marietta Przybyłek

Podziel się:

Oceń:

CAMBODJANA – dokument o zapomnianej misji Polaków w Kambodży Michał J.Owerczuk Reżyser filmu ,,Cambodjana", fot. Przemek Sałasiński
Mało kto w latach 90. słyszał o polskich żołnierzach, biorących udział w misji ONZ -UNTAC w Kambodży. Misji, zorganizowanej w celu przeprowadzenia pierwszych wolnych wyborów w tym spustoszonym głodem i wieloletnią wojną domową kraju. Reżim Pol Pota utopił Kambodżę we krwi własnych obywateli. Ginęli wszyscy, którzy nie zgadzali się z doktryną partii. Kobiety, dzieci, mnisi, farmerzy, lekarze i nauczyciele, a wyrok śmierci  można było usłyszeć nawet za noszenie okularów… w myśl zasady „człowiek czytający, to człowiek myślący”, a tacy są niebezpieczni dla idei. Historycy szacują, że z rąk Czerwonych Khmerów zginęło ponad 2 miliony ludzi, niemal 30 proc. ówczesnej populacji Kambodży. Polski reżyser Michał J. Owerczuk postanowił nakręcić film dokumentalny, bazujący na historiach polskich weteranów UNTAC z Kambodży. Misja uznana za jeden z największych sukcesów działalności ONZ. Mimo to w Polsce milczano o niej przez ostatnich 25 lat. 

 

Skąd pomysł na nakręcenie filmu o misji UNTAC?

Gdy tylko dowiedziałem się, że polscy żołnierze byli na misji w Kambodży, od razu chciałem napisać o tym artykuł. Tak misja pokojowa szybko zmieniła się w strefę działań wojennych, podczas której Polacy zostali zaatakowani przez Czerwonych Khmerów. Brzmi ciekawie, prawda? Dodajmy do tego, że było to pierwsze starcie Wojska Polskiego po II wojnie światowej. Potem poznałem weteranów i ich historie. Pojechałem do Kambodży. Zobaczyłem Pola Śmierci i zrozumiałem, że to nie jest temat jedynie na artykuł – musiałem zrobić o tym film.

Jak wyglądały przygotowania? Wiedziałeś, jak chcesz opowiedzieć tę historię?

Dokumentacja trwa już niemal trzy lata. W tym czasie byłem kilka miesięcy w Kambodży. Udało się zebrać masę archiwów z prywatnych zbiorów żołnierzy, którzy rejestrowali na kamerach VHS to, co widzieli. Najważniejsze jednak okazały się rozmowy z weteranami.  Każdy z nich myślał, czuł i widział inaczej. Z tej kolektywnej świadomości kształtował się mój własny żołnierz. Chłopak z Polski, która właśnie przeszła transformację, niosący sztandar  demokracji, której sam jeszcze dobrze nie znał. W tym filmie nie chodzi o szczegóły, bo to nie praca naukowa. Chodzi o pewne uniwersalne wyobrażenie dramatu wojny, a uzyskałem to właśnie poprzez godziny rozmów z weteranami. W sumie w filmie występuje kilkunastu z nich oraz dziennikarz, który patrzył na wszystko przez obiektyw kamery. 

Trudno było ci dotrzeć do weteranów?

Cholernie trudno, zwłaszcza za sprawą złej opinii na temat dziennikarzy, szukających często na siłę sensacji. Dla wielu z nich wszystko jest białe albo czarne, a tak naprawdę te dwa kolory w czystej postaci rzadko występują w naturze. Łatwo jest oceniać. Jak taki weteran, po kilku zmianach na wojnie, ma traktować kogoś, kto strzały słyszał tylko w sylwestra i wygłasza opinie o służbie wojskowej? Oczywiste, że nie będzie dziennikarzowi ufać. Natomiast ilość pracy i czasu, poświęconych przeze mnie i moją ekipę na realizację tego materiału sprawiły, że weterani częstokroć dziękują za to, że jeszcze się nie poddałem, pomimo wszystkich wilczych dołów kopanych przez ludzi, którzy teoretycznie powinni nam pomagać. Wtedy uświadamiam sobie, dlaczego chcę robić filmy i jestem im za to wdzięczny. To dla mnie bardzo ważne, że mogę poznać ich nie tylko od strony służbowej, ale też prywatnej. Koniec końców, to ludzie, jakich często mijamy na co dzień – kierowca autobusu, kucharz, zaopatrzeniowiec, ojciec czy dziadek, a nie przerysowany Rambo z filmu o Wietnamie. Wielu z mężczyzn nie miało nawet 20 lat, kiedy wyjechało na misję. Zamiast imprezować w akademikach, oni zdawali egzamin z życia, gasząc pożar w spacyfikowanej wiosce. 


Fot. Michał J.Owerczuk

W jaki sposób przekonałeś ich do tego, żeby otworzyli się przed kamerą? 

Myślę, że decydującym czynnikiem było to, że po prostu mieli dość milczenia i po raz pierwszy ktoś dał im możliwość opowiedzenia o wojnie widzianej z ich perspektywy. Każdy z nich pamięta te wydarzenia trochę inaczej i nic w tym dziwnego.

Czy udało ci się ustalić, dlaczego w Polsce nie popularyzowano jednego z największych sukcesów misyjny ONZ  przez ostatnie 25 lat z hakiem? 

To ciekawe zjawisko, zważając na fakt, iż wielokrotnie polscy żołnierze byli nagradzani przez dowództwo ONZ, a Polska zbierała za nich pochwały na arenie międzynarodowej. Należy podkreślić, że była to jedna z niewielu misji ONZ, która faktycznie się udała, a zadania mandatowe zostały wykonane w stu procentach. Jednocześnie prawda jest i taka, że misja była robiona trochę „na wariata”: żołnierzy nie wyposażono adekwatnie do roli i miejsca, do którego polecieli – w Kambodży panowały straszne upały i duża wilgotność, jedzenie gniło, a w niektórych obozach pojawiła się malaria, ludzie chorowali, brakowało leków. Warunki były fatalne. Jeden z obozów żołnierze zmuszeni byli budować na bagnach. Mam wrażenie, że dla ówczesnych polskich władz owa misja była wstydliwa, ale nie dlatego, że nasi żołnierze sobie nie poradzili, tylko właśnie dlatego, że dali radę, pomimo braku odpowiedniego wsparcia. Czasem żartujemy, że z filmem jest podobnie.

Czy polscy żołnierze wiedzieli, co ich czeka, jadąc na misję?

W mojej opinii żołnierze jadąc do Kambodży nie mieli świadomości, na co się piszą. Oczywiście, znajdą się tacy, którzy stwierdzą inaczej, ale pamiętajmy, że to były inne czasy. Nie było internetu i smartfonów, a niektóre amerykańskie produkcje, jak np. „Killing Fields” z 1984 roku, żołnierze mogli obejrzeć w Polsce dopiero po powrocie. Dopiero po dotarciu na miejsce zdali sobie sprawę, z czym tak naprawdę idzie im się mierzyć. Sytuacja była poważna: pola minowe i pułapki, każdy zdolny do walki miał broń zakopaną gdzieś tam z tyłu w ogródku, nocą wychodziły bandy Czerwonych Khmerów, które kradły, mordowały i paliły okoliczne wioski. W wojnie domowej brało udział w sumie kilka różnych stron konfliktu. Każdy strzelał do każdego. A mimo oficjalnego zawieszenia broni, Pol Pot siedział sobie niedaleko w dżungli i kombinował z kolegami, jak tu jeszcze wrócić do władzy.

Dlaczego polscy żołnierze nie poddali się, mimo że został im wydany taki rozkaz?

Walczyli nie tylko w obronie wartości demokratycznych i innych idei, ale przede wszystkim bronili własnego życia i życia kolegów. Znali realia Kambodży i liczyli się z tym, że kapitulacja mogła skończyć się dla nich utratą życia. 
A sam wspomniany przez ciebie rozkaz wynikał w dużej mierze z – cytuję – ,,braku wystarczających środków do podjęcia walki z Czerwonymi Khmerami”. 

Myślisz, że te wydarzenia ich wzmocniły, czy jednak złamały na całe życie?

Wszystko zależy od charakteru danej osoby. Zawód żołnierza jest naprawdę ciężkim kawałkiem chleba. Bo jak inaczej traktować odpowiedzialność za ,,naprawianie świata”? Czasami jednak tego świata nie można uratować, a pewnym sprawom nie można zapobiec. Być może niektórzy nie mogą się z tym pogodzić. Wystarczy spojrzeć na statystyki armii amerykańskiej, gdzie w skali roku więcej żołnierzy odbiera sobie życie, niż ginie na misji. 

Czy w Polsce wystarczająco docenia się rolę weteranów wojennych?

Jest to jedna z rzeczy, których nie mogę zrozumieć. Weterani, przez to, co przeżyli, częstokroć wiedzą, czują i widzą dużo więcej niż niejeden z nas. W mediach mówi się o zagranicznych misjach tylko wtedy, gdy ktoś zginie, a i też nie zawsze, bo to nie jest „sexy”, nie „klika się” w internecie tak dobrze, jak krzyczący politycy, płaczące gwiazdy i małe kotki. Jest jakaś taka niechęć do służb mundurowych w Polsce. Jednak wojsko to nie policja – jego zadaniem jest bronić granic państwa i nie dopuścić, by wojna toczyła się na naszym podwórku. Żołnierze to właśnie robią i zasługują na szacunek.

Dlaczego ważne jest, aby dzisiaj ta historia została usłyszana?

Polacy, biorący udział w misji UNTAC, nieśli pomoc na drugim końcu świata. Wreszcie w Kambodży odbyły się demokratyczne wybory. Ta misja nie dość, że się udała, to jeszcze rozpoczęła rewolucję w modernizacji Wojska Polskiego. 3 Maja 1993 Polacy odparli atak Czerwonych Khmerów i zasługują na to, aby na stałe zagościć na kartach historii Wolnej Polski.  


Fot. Michał J.Owerczuk

Zwracałeś wcześniej uwagę na uniwersalny charakter tej historii. Co miałeś na myśli?

Historia Kambodży jest w pewnym sensie podobna do historii naszego kraju, który sam walczył z sukcesem o wartości demokratyczne. Dla Polski były to wówczas bardzo burzliwe czasy, dopiero co mieliśmy Okrągły Stół, pierwsze wolne wybory, a rosyjscy żołnierze opuszczali Polskę. Śmiało można powiedzieć, że w tamtym czasie nie wiedzieliśmy jeszcze wiele o demokracji. Wszystko było dla nas bardzo nowe, a mimo to wysłaliśmy polskich żołnierzy do Kambodży, aby walczyli o ideę wolności, prawo do bezpiecznego, spokojnego życia. 

Myślisz, że demokracja jest czymś, o co cały czas musimy walczyć?

Walczyć powinniśmy nie za ideę systemu, ale za jego wartości, takie jak np. wolność. Wtedy to będzie nasza walka. Walka, w którą wierzymy. Nie oszukujmy się. Demokracja nie jest idealnym rozwiązaniem, ale do tej pory nie wymyśliliśmy nic lepszego. Niestety, widmo totalitaryzmu uparcie wisi nad światem. Mam wrażenie, że lata 20. ubiegłego wieku powracają, ale w wersji wirtualnej, czy jak kto woli: cyberpunkowej. Bardzo chciałbym się mylić.

Czy będąc w Kambodży udało ci się porozmawiać z mieszkańcami i zapytać ich, jak oni wspominają misję UNTAC i udział polskich żołnierzy w niej?

Rozmawiałem z ludźmi, którzy pamiętają tamte wydarzenia i pochodzą z miejsc, gdzie kiedyś stacjonowali Polacy. Wielu z nich wspomina żołnierzach, którzy nie nosili broni i budowali mosty. Wyczuwalna jest życzliwość wobec Polski. Myślę, że to się jeszcze nasiliło wraz z otwarciem szkoły w Kambodży.

Jak doszło do powstania tej szkoły?

To niesamowita historia. Po ponad ćwierć wieku od zakończenia misji, weterani postanowili zorganizować zbiórkę pieniędzy i wybudowali szkołę angielskiego w jednym z najuboższych regionów całej południowo-wschodniej Azji.W podziękowaniu za wsparcie, to szkoła im. Polskich Żołnierzy. Na otwarciu był Piotr Oller, weteran, dzięki któremu cała akcja się udała. Pierwszego dnia z okolicznych wiosek przybyło 200 dzieciaków. Z każdym dniem pojawiało się ich więcej i szkoła się rozrastała. Paweł, Jagoda, Hajer i inni wolontariusze z Polski własnymi rękami kopali fundamenty pod bibliotekę i budowali plac zabaw. Przed wybuchem pandemii w szkole uczyło się ponad 400 dzieci. Z tego co wiem, szkoła ma zostać ponownie otwarta w pierwszej połowie tego roku, o ile sytuacja związana z wirusem pozwoli. Wiem, że weterani pomagają dalej. W międzyczasie zebrali pieniądze na operację jednej z uczennic. Niedawno w akcję włączyły się media i reprezentacja gwiazd Kambodży, ale o to powinniście już pytać Piotrka Ollera, który od lat mieszka w Anglii.

Powstał muzyczny zwiastun do filmu „Cambodjana”, utwór w wykonaniu braci Łyskacz z legendarnego warszawskiego składu Mor W.A., z gościnnym udziałem amerykańskiego piosenkarza K. F. Jacquesa. Opowiesz o tym?

Osobiście uważam to za znakomitą sprawę. Mogłem pracować z profesjonalistami, którzy zrobili kawał dobrej roboty dla weteranów. Kiedy po wyjściu ze studia wysłali mi ten utwór, akurat rozmawiałem z jedny z weteranów. Nie myśląc długo z miejsca odpaliłem ten numer. Widząc reakcję mojego rozmówcy, musiałem do chłopaków zadzwonić: nic nie mówiąc oddałem głos żołnierzowi. Zrozumiałem dobitnie, dlaczego to, co robimy, jest tak ważne. Zobaczyłem łzy wzruszenia człowieka, który nosi mundur Wojska Polskiego.  To bezcenne doświadczenie. A w samym utworze zawarta jest siła oldschoolowego rapu  z przesłaniem. Po to robi się muzykę. Do numeru refren zaśpiewał K.F. Jacques, występujący na co dzień w chicagowskiej operze i rozwalił system. Cieszę się również, że mogłem pracować przy tak ważnym kawałku z Michałem Młodszym Łyskaczem, z którym za małolata trenowałem piłkę nożną oraz z Łyskaczem z Mor W.A., na którego tekstach się wychowałem. Tym bardziej, że kawałek „Tam i z powrotem” po prostu kojarzy mi się z wyjazdami i zdzierałem na nim discmana. Panowie zrobili hip-hopowy skrót scenariusza filmu i wierzę, że dzięki temu utwór trafi do szerszej publiczności. Ponadto na swoim kanale zamieści go Rysiek Peja. To jest kolaboracja, pokazująca wagę tego projektu. 
 

Marietta Przybyłek

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe